Paweł Kozioł
Ścinamy skrawki, skubiemy okruszki - "Lampa" 11/2009
Tym razem pora na remanent - bo z ostatnich miesięcy nazbierało się trochę książek, które otwierały się opornie, nie pasowały do przeglądowego sąsiedztwa, czy wreszcie pozostawiały mieszane uczucia albo wrażenia niezbyt wyraźne. W zeszłym miesiącu na przykład rozpisałem się nadmiernie o poezji płytowej, co wymusiło amputację opowieści o jednej książce z tego nurtu. I słowa "książka" używam tu z pełną odpowiedzialnością - bo w przeciwieństwie do jednego z produktów zeszłomiesięcznych Słońca Jerzego Andrzeja Masłowskiego mają ISBN, autor nie śpiewa i chyba nie wszystkie utwory zostały przeznaczone dla wokalistów, którzy na czterech wersach rozpędzić by się nijak nie mogli. Jednak nie można uznać, że z tego dzieła przyjdzie ratunek dla gatunku.
Żeby tym razem nie było, że tendencyjną selekcję uprawiam, przytoczę wiersz przez autora wyróżniony, bo tytułowy: i>Słońca... miliony... miliardy... / dalekie, magiczne ognie / czasem wpadają na siebie / lecz częściej gasną. Samotnie. Poza tym Masłowski pisze o miłości, śmierci, Bogu, gwiezdnych przestrzeniach, czarnych gołębiach niepokoju, alchemikach szczęścia, ogrodach wyobrażeń i innych niewydarzonych dopełniaczach, rymuje w stylu Samba, samba - przytulanka / bardziej czuła niż kochanka. I tyle podstawowych informacji chyba jednak wystarczy. Sztafaż, który wskazywałby najpierw na poezję poważną, a raczej nadmiernie napompowaną, a potem realizacja, która sama każe się wyśmiać.
Jest w tej książce kilka sygnałów wskazujących na to, że autor jest już przyzwyczajony do sygnałów niechęci - jakiś toast za wrogów czy jakiś protest przeciwko komuś, kto biednego lirycznego podmiota wolałby widzieć poza granicami kraju (Pan mi mówi, że ja tutaj nie pasuję, / że ta ziemia nie dla takich jest, jak ja itd.). Więc aż mi głupio, ale jednak napiszę: Słońca wolałbym widzieć poza granicami swojego doświadczenia czytelniczego.
Do recenzenckiego przeciążenia usiłował mnie doprowadzić niejaki Daniel Paweł Sikorski, przysyłając jakieś 300 stron wierszy w trzech tomach stanowiących nienazwaną serię pod patronatem toruńskiej Fundacji KULTURA. Misterny ów plan wziął jednak w łeb, albowiem teksty są katastrofalne, do załatwienia jednym machnięciem pióra - i nic im nie pomaga fakt, iż autor wystąpił również w roli redaktora (!). Śladem tej jego działalności są być może znaki (...), jakie napotkać można w niektórych utworach. A w takim razie mielibyśmy sytuację doprawdy niezwykłą: autor pisze, autor poprawia, ale zostawia informację, gdzie poprawił. Przyznam, że mam kłopoty ze zrozumieniem tego zabiegu.
Pomówmy jednak o samych tekstach. Ciężkie przeżycia estetyczne zaczynają się już od tytułów zbiorków (po dwa na czarną okładkę): Atypowości senne, Opasy na zachodzie (i nie chodzi bynajmniej o egzemplarze bydła opasowego), Teatr dnia, Epizodium, NIP-VIP oraz Królestwo. Zdają się one zapowiadać jakieś popłuczyny po modernistycznych bólach duszy - i nie zawodzą. Mamy więc w tych książkach metafizyczne wrzaski (Ja też byłem niepokalanie poczęty / zjadłem świat z aniołami / i diabłami / i boga / na duszę czekam / aż się przyrumieni), nazywanie miłości fizycznej (Pieprz i sól / w ramach przymierza / w podzięce Bogom / za dar cudzołożenia), ekspresjonizm (...a gdy przestaniesz całować / wszystkie motyle ugotuję / w rozpalonej miłości), przenoszenie własnych nastrojów na Bogu ducha winny krajobraz (deszcz pełen łez / lazł / skropił każdego człowieka / narzeka), przejmujące opisy degrengolady cyganerii (to był żul / a nie król). Znalazł się nawet wiersz traktujący o wszechogarniającej, młodopolskiej nudzie, którego z braku miejsca nie przytoczę - i co tam jeszcze.
Dopowiadam, co jeszcze: otóż znalazłem następującą liryczną linijkę: szczebiot piersi rozkochanej. Znalazłem tytuły wierszy Mesjasz proletariuszy, Wilkołak, a nawet Poezja umarła I. I ten ostatni natchnął mnie (sic!) do ostatecznej konkluzji. Otóż Daniel Paweł Sikorski tworzy poezję umarłą i nic jej, proszę państwa, nie pomoże. Nam zaś pomóc by mogła jakaś forma kwarantanny.
Komentowanie tomiku Delta Anny Wieser wypadałoby zacząć od wersów, w których pada zastanawiająca deklaracja niewiary w język: Jeśli nie mogę przemówić / językiem innym niż ciało / wchodź i macaj moje kości. Zwrot w stronę języka ciała, aczkolwiek dziwnie nazwany, zachodzi nie bez przyczyny. Bo też - ujmując rzecz z grubsza - ta poezja ma wyrażać emocje, zawsze w pierwszej osobie liczby pojedynczej, przy czym sam fakt wyrażania pojmowany jest jako przeszkoda. Emocje nie są przy tym najprzyjemniejsze - wiersz, który cytowałem, traktuje o seksie i zasadniczo ma mówić o niemożności ekspresji pragnień za pomocą mowy artykułowanej. W kostnym obrazowaniu pojawiają się jednak przykre sugestie bierności, wysuszenia, braku odczucia, wreszcie skojarzenia ze śmiercią - być może niekoniecznie przez autorkę kontrolowane, lecz za to później potwierdzone przez motyw kamieni, przywołujące na myśl jakieś z przeproszeniem nagrobki (Żeby kamienie z gardła kończyły się w ustach / trzeba wielkiej wprawy bo zmienić je w krzyk / to strzaskać się w ciszę).
Inna próbka języka poezji miłosnej, czyli początek wiersza tytułowego, wygląda tak: Moje ryby płyną w odwrotnych kierunkach / A że mają wspólny w tobie ogon / bardzo je boli rozłąka. Tu już przeszkody w wyrażaniu widać jak na dłoni - i wynikają one nie z istnienia jakichś fundamentalnych granic między ludźmi, lecz z groteskowej w tym przypadku metaforyki. Jej pewna niezręczność, zarówno tu, jak i w paru innych miejscach, wynika z nadmiernego spiętrzenia motywów, czego sztandarowym przykładem mógłby być fragment następujący: wszystkie wesołe tabletki zjeżdżają tutaj / do spa żeby się gzić / albo gnić pod dachem / krzywego nieba / pić przez durszlak chmur / kwaśne nitki deszczu. Poza tym jednak - im prościej, tym lepiej.
W ogóle smutno jest w tych wierszach i samotnie, na co nie pomaga ani bliskość fizyczna, ani elektroniczne środki komunikacji: Dzisiaj znowu przyszły same spamy / Panie Jezu weź mnie na bok i powiedz / co to jest że znów sprawdzam pocztę / może forma modlitwy? Z powyższego cytatu wynika jednak i to, że pomimo skoncentrowania się na emocjach Wieser podejmuje też próby pisania w kodzie nowoczesnym - świadczą o tym nie tylko wspomniane już spamy, ale i fakt, że bohaterem innego wiersza jest fizyk, i to jądrowy aż (pomimo że bada kierunek wzrostu kryształów lodu). Prawem serii dorzucić można jeszcze utwór Foton. Wrażenie z podobnych zderzeń pozostaje takie, że czytam jednak poezję w jakimś sensie niegotową, że na sensowny jej opis przyjdzie pora po kolejnym tomiku. Bo póki co - magma.
A teraz omówiona zostanie Dorota Bachmann, której tomik już na początku przejawia dwie zasadnicze wady: że nosi pretensjonalny tytuł Opatrunek z piasku, oraz że dzieli się na części "ja", "mnie" oraz "moje" - zupełnie jak z Listu do ludożerców Różewicza, gdzie wyliczanie zaimków kojarzyło się jednoznacznie źle. Zapewne kryje się tu polemiczna intencja, że dykcje typu mój żołądek mój włos niekoniecznie prowadzą do jakichś strasznych zawłaszczeń (poezja Bachmann zawłaszczająca nie jest).
Potem jest lepiej, niż by wynikało z tytułu i śródtytułów - te wiersze są zasadniczo pozbawione nadekspresji, co jakiś czas trafia się w nich stonowana fraza udatnie diagnozująca relacje międzyludzkie (Dekoracje nieciekawe - stół i łóżko. Łóżko / i stół, powiedziałaby dawniej). Zasadnicze zastrzeżenia miałbym właściwie dwa. Pierwsze - o nadmiar zdrobnień, szczególnie widoczny we fragmencie: Ścinamy skrawki, skubiemy okruszki, chwytamy / kłaczki, pokrywamy nimi dywany i stoły. Podajemy sobie // z rąk do rąk piórka. To jest przynajmniej jakoś atrakcyjne brzmieniowo, lecz identyczny językowy automatyzm generuje czasami frazy w rodzaju mnie drżą ręce / po wygarnianiu kocich truchełek, epatujące pustymi zapowiedziami emocji. Drugim problemem natomiast jest pewien nadmiar odwołań kulturowych (pracuję w wielkiej bibliotece, widuję tłumy / ale nie da się tu zrobić castingu Felliniemu). Czasami jednak wyobraźnia filmowa autorki owocuje ciekawymi efektami, jak w wierszu Cyfrowy zapis, składającym się z ujęć z dokładnym określeniem pracy kamery, w których powtarza się motyw oleju. W ogóle skojarzenia wizualne są najmocniejszą stroną tej poezji (Żyrandol - rozgrzane klosze, / lampa stoi na linii horyzontu, / na podłodze taca // z płonącymi lodami), która w takich momentach robi się bardziej konkretna niż zazwyczaj i pozbawiona pustych przebiegów. Bo chociaż używanie słownictwa typu oczy, ludzie, granice, światło, wilgoć ma pewien staroświecki urok, to jednocześnie grozi pewnym wyjałowieniem wiersza. Autorka najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo co i rusz przełamuje konwencję tekstami takimi, jak Tętniak (pulsuje we mnie węzeł / leksji z hiperłączami / bez nawigacji - które to połączenie choroby i internetu przywodzi na myśl Anetę Kamińską) oraz wspomnianą już tematyką obyczajową. To wszystko naszkicowane jest dość cienką kreską, przez co ten debiut sprawia wrażenie uporządkowanego, bo stylistycznie jednolitego. Chętnie bym apelował o większą intensywność - przy takiej poetyce okres między akceptacją a zapomnieniem może być niepokojąco krótki - lecz zdaję sobie sprawę, że wówczas problem godzenia rozbieżnych wątków mógłby nabrać niepokojącej ostrości.
To samo łódzkie wydawnictwo "Kwadratura" wydało tomik Marciusza Moronia, zatytułowany pali zalewa burzy. Książka jest formą pośmiertnego hołdu, gdyż autor zginął w wypadku w sierpniu 2008, co dało asumpt do czarnej groteski sądowej (feralnym samochodem jechało dwóch ludzi i do dziś nie wiadomo, który za kierownicą). Wiadomo, że niezręcznie recenzuje się takie rzeczy - uwagi idą w powietrze, komentarz jest do nikogo i marzeń o wpływaniu na recepcję też brak.
Był Marciusz Moroń ekspresjonistą - to znaczy lubił gwałtowne obrazy (rozkrawam brzuch / by dojrzeć. niedojrzałe. jeszcze nie / dojrzała. / narośl) i przywoływanie w wierszach obiektów symbolicznych (zdjąłem kruka z miecza). Stylistyczna gwałtowność przekłada się też na składnię, choć w tomiku występują dwa jej rodzaje: cięta, na granicy dezintegracji (beton, drobne drzazgi, mróz taki że ząb, wiatr / kopca piasku ani ruszy, ani kry idą, skrzenie w beto // niarce, wszystko zamar / znięte) oraz frazy dłuższe i bardziej opisowe (urosłem, kochanie, w opozycji do płotu, stołu i opowieści / o jezusim chruście. tańsza wersja wszystkiego pozwala przetrwać / nawet najbardziej nikczemne poranki).
Dezintegracja ma do siebie to, że łatwo z nią przesadzić - nic więc dziwnego, że nie rozumiem fraz takich, jak stworzone do podjazdów / podjazdy oraz że zaskakują mnie następujące dalej słowa na liściach ugotowane / motyle ćwiczą. Zresztą ostatni fragment za chwilę wyjaśnia - jest "poprawiony" czasownik ćwiczymy i sugestia sceny miłosnej.
W ogóle zaskoczeń w tej poezji sporo: kawa o zapachu kalafiora. kawa / z wczoraj, kalafior z jutra. Znowu powiem, że łatwo Moroniowi było o osunięcie się w język całkiem abstrakcyjny (zawsze seplenię, gdy plączą się buty. mary / lubi sypkie, zuza woli tango), ale przynajmniej miał głos mało zsocjalizowany, mało do innych podobny. Napisałem to o poecie z Łodzi? Tak, jak najbardziej.
Podobieństw z ekspresjonizmem szukałbym także w nieco rozchwianym tomie Aleksandry Zbierskiej, noszącym tytuł panoptikon. Tutaj jednak gwałtowność jest mniej solenna, bliższa grotesce: Gwoździe zdarzają się małe. A bywają i duże, / jak palec. Droga pisarza usiana jest gwoździami, / przeważnie dużych rozmiarów, chodzić po nich będzie trzeba / boso, krwi ubędzie dosyć. Długość tego cytatu też jest symptomatyczna. Mówi o szwungu, o rozpędzie charakterystycznym dla tej dykcji - o niewątpliwych zaletach, których ciemny rewers stanowi wrażenie chaosu i braku koordynacji. Bo fragmentu o gwoździach nie da się czytać poważnie, natomiast sygnałów niepowagi też brak. Dopuszczam myśl, że autorce chodziło właśnie o wrażenie mowy pozbawionej centrum czy, jak by to inaczej nazwać, wypowiadanej bez konkretnej intencji - co byłoby zamysłem godnym uwagi, ale i czytelniczo dość męczącym.
Bo jest w tej książce coś, co męczy - nawet jeśli autorka co jakiś czas rozluźnia uchwyt żartami w rodzaju świnki lubią rodzynki a ptaszki fistaszki albo efektownymi bon-motami (a po drugiej / stronie łańcucha wulgarne twoje wargi / milczą "bierzesz pigułki?" A ja mam właśnie / okres chrześcijański). I nie chodzi tu wcale o gęstość, kacerskie eksperymenty, celne choć ostro brzmiące określenia w rodzaju aktoreczka incognito / wyjęta spod prawa penisów. Bo w mikroskali wszystko wydaje się dobre, nawet bardzo - trudno jednakże powiedzieć, do czego ta poezja zmierza.
I jest w tych wierszach coś takiego, że kiedy próbować czytać je na głos (czasem stosuję taki test, co też wiersz robi z aparatem mowy) co chwilę się pojawia pokusa zmiany tonu, przełączenia się na jakąś inną fonię (Oto gambit, który odpowiada / na zatruwające ducha miazmaty: poświęcam / krakanie, krzyki mew, szum skrzydeł, kurz twojej / twarzy, dupku). I jest w tym pewna stylistyczna bezkompromisowość, która uniemożliwia mi krytykę frontalną. Bo pamiętam, jak w przeglądzie lipcowo-sierpniowym, omawiając tomik Wibrujące ucho spodziewałem, spodziewałem się po Zbierskiej podjęcia większego ryzyka. No i masz - sprawdziło się, a tutaj dalej malkontenctwo.
Uniknę go przy książce Grzegorza Wróblewskiego Pan roku, trawy i turkusów. Poeta to, jak wiadomo, praktykujący kiedyś w "BruLionie", obecnie zaś mieszkający w Kopenhadze, a układający słowa oszczędnie i z pewną elegancją: Spójrz na horyzont. / Morze wznosi się w szare chmury. / To koniec. Za chwilę nastąpi wymiana stworzeń.
Świat poezji Wróblewskiego przedstawia się jednakowoż tak, jakby rzeczona wymiana już miała miejsce, i to stosunkowo niedawno - bo raz, że opisywana rzeczywistość sprawia wrażenie subtelnie zniekształconej (Turlam się w słoju // wraz z uszkodzoną czereśnią / i autystycznym żukiem), a dwa, że obserwowana jest fragmentarycznie, w serii zbliżeń, jak gdyby dziwny typ, który z tych wierszy gada, dopiero próbował rozeznać się w skali zniekształcenia. Pojawiają się ponadto pewne poszlaki mające świadczyć o tym, że proces obserwacji jest zapośredniczony (aluzje malarskie z niektórych wierszy), a także sugestie, że może on być niebezpieczny (wieszają się również malarze-naturaliści).
Ironiczny ton tej poezji nie pozwala jednak powiedzieć, że mamy do czynienia za światem po jakiejś zasadniczej katastrofie, to odnotować wypada, że motywy apokaliptyczne praktykowane są w tym tomiku dość często. Występują zarówno w skali makro (jak we fragmencie o wymianie stworzeń albo w wierszu, którego bohaterowie rozważają kwestię, co by się stało, gdyby ruszyła na nich góra pod tytułem Czarna Główka), jak i z adresem bardziej jednostkowym (Sapiąc wdzierały się do oszronionego samochodu Czerwone ślepia / Zdecydowane na wszystko).
Ten przykład jest zresztą troszeczkę bardziej skomplikowany - bo wiersz, z którego pochodzi (Program Mercury, zresztą pierwszy w tomiku) wypadałoby czytać tak, jak gdyby mowa była o znarkotyzowanych oczętach jego bohatera, który przyznaje: szukałem / ostatniej porcji białego proszku. Jeżeli zresztą spojrzeć ma sprawę odpowiednio metodycznie, to okazuje się, że stan intoksykacji stanowi drugi z ulubionych tematów poety. Gdzie indziej zaznacza on bowiem znam się na pszczołach / i halucynogenach, a inny wiersz zaczyna od złowieszczej frazy Trzy tabletki miały pomóc, a przynajmniej nie szkodzić.
Trzecim powracającym wątkiem jest miłość. I tutaj mamy zarówno pochwałę jej strony fizycznej (Proponujesz miłość na świeżym powietrzu. I niech będą nawet / drapieżne pijawki. / Bo się za bardzo odkleiliśmy od skóry), jak i wiersz, który może stanowić odtrutkę na rybną metaforę Anny Wieser. Nosi on tytuł Narządy oddechowe ryb, a idzie tak: Odejdźmy // zanim nam się / skojarzą.
Ostatni cytat przywołuję nie tylko dla żartu, ale także i po to, by pokazać, że Wróblewski z zasady operuje językiem unikającym metafor. Narzędzie, którego używa, to Raczej styl puenty lub mowa klasycznie zwyrodniała. Wobec takiej deklaracji warto byłoby wyśledzić parę efektownych zwyrodnień, takich jak zdanie Rosjanie chcą być pierwsi po drugiej stronie lustra albo zamroczony delfin przymierza się do siostry akwizytora. Tego rodzaju dziwności podkreślane są przez równie osobliwe montaże (możliwie krótki przykład: Wyjdźmy stąd szybko do słońca / i plutokracji).
Mamy więc do czynienia z następującą mieszanką: nieco groteskowe, fragmentaryczne wizje, a do nich zastosowany język nader sprawny i możliwie daleki od jakiegokolwiek poetyckiego rozbuchania. Poetyka sprawia wrażenie takiej, w której wygodnie mieści się najwyżej jeden autor, to jest piekielnie trudnej do rozwijania. Trzeba jednakże przyznać, że Wróblewski mieści się w tej skrzyneczce - czy, używając jego obrazu, w tym słoju - z wyjątkową gracją. A co do możliwości dalszego rozwoju - to już jego sprawa.
ERRATA: W przeglądzie wrześniowym omawiałem tomik Jakobe Mansztajna. Ponieważ popełniłem w jego nazwisku przykry błąd ortograficzny, spieszę przypomnieć, że Jakobe Mansztajn nazywa się Jakobe Mansztajn, nie zaś Majnsztajn.
Jerzy Andrzej Masłowski Słońca TAO, Emów 2008.
Daniel Paweł Sikorski Atypowości Senne / Opasy na zachodzie, Teatr Dnia / Epizodium, Królestwo / NIP - VIP, Fundacja KULTURA, Toruń 2008.
Anna Wieser Delta Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2009.
Dorota Bachmann Opatrunek z piasku Wydawnictwo Kwadratura, Łódzki Dom Kultury, Łódź 2009.
Marciusz Moroń pali zalewa burzy Wydawnictwo Kwadratura, Łódzki Dom Kultury, Łódź 2009.
Aleksandra Zbierska panoptikon Black Unicorn, Jastrzębie Zdrój 2009.
Grzegorz Wróblewski, Pan Roku, Trawy i Turkusów, Wydawnictwo Fa-art, Katowice 2009.
Paweł KOZIOŁ