Paweł Gołoburda

Normalny zespół 50 razy by się rozpadł (fragment) - "Lampa" 12/2009

Osiem lat temu w Krakowie spotkały się studentka II roku nauk politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego Ania Dziewit, kończąca studia na Akademii Ekonomicznej Bożena Pająk, uczennica III klasy liceum Kasia Krawczyk oraz absolwentka liceum w Mysłowicach Ania Gąsior, w tym czasie korzystająca z gap years. Od samego początku towarzyszyła im Joanna Hedemann, koleżanka z klasy Kasi Krawczyk. Zespół Andy powstał jako grupa towarzyska i spędzał czas bez instrumentów, raczej na rozmowach o muzyce niż w sali prób. Był rok 2001. Następny przyniósł we wrześniu pierwszy koncert w Nowej Hucie, debiut sceniczny odbił się szerokim echem i w efekcie Andy zaproszono na wspólne koncerty z Cool Kids Of Death: najpierw w Katowicach, następnie w Krakowie (piszący te słowa widział zespół pierwszy raz na początku listopada 2002 roku w klubie Strefa 22, a wrażenia utrwalił dwa tygodnie później w Żaczku. W późniejszych latach ulubioną krakowską sceną grupy stał się klub Łubudubu), a także m.in. w Gdańsku i Suwałkach. W przeciwieństwie do typowego supportu występy zespołu Andy pozostawały w pamięci, dlatego już przed koncertem w Żaczku miało się wrażenie, że pojawiła się nowa jakość, że oprócz często podkreślanej niedoskonałości technicznej nowy zespół ma do zaproponowania kilka całkiem wyrazistych kompozycji, wrażenie, które już przed występem w Centralnym Domu Qultury w Warszawie (luty 2003) przeszło w pewność. Od tego czasu Andy stale koncertuje, z powodzeniem odgrywając znane wszystkim na pamięć piosenki, stąd pewnym zaskoczeniem może być wiadomość, że właśnie nastąpił od lat zapowiadany debiut płytowy.

11 piosenek

Tak zatytułowana płyta zwraca uwagę absolutną spójnością tekstową, pewnego rodzaju klasycznym rockowym monotematyzmem. Wszystkie piosenki mówią o rozstaniach, dlatego chociaż ostatni utwór z tekstu posiada jedynie tytuł 737, to nie można odmówić mu piosenkowego charakteru, skoro nie tylko wiadomo, o czym jest, ale jeszcze tytuł podpowiada dodatkowe okoliczności. Co na to autorki? Kasia: Wszystkie piosenki, jakie napisałam, mogę powiązać z imionami chłopaków, zawsze były o kimś. Ale kiedy idziemy przez park i planujemy spędzić razem życie, to nie piszę piosenek. Bożena: 737 to ulubiony utwór mojego taty. Ania: Pisałyśmy zawsze w momentach rozkładu. Nie interesowały nas teksty społeczne, a tym bardziej publicystyczne, nie śpiewamy o rewolucji jak CKOD. - Jednak gdy w piosence 13 piętro Ania śpiewa "nie jest mi dobrze, nie jest mi źle", od razu przypomina się jedna z najlepszych piosenek zespołu, z którym rozpoczynały przygodę sceniczną.

Covery

Na nagraniu koncertowym z CDQ słyszymy, jak pytana przez publiczność o covery Ania mówi: Oczywiście, gramy covery zespołu Meble, zwłaszcza Fajki i alkohol. - Wtedy brzmiało to jak abstrakcyjny żart, natomiast parę lat później piosenka rzeczywiście trafiła do repertuaru, a teraz na płytę. Pierwsze prawdziwe covery pojawiły się, kiedy zespół nauczył się grać na tyle, by nie robić obciachu pierwowzorom, a wśród nich Feels Like Heaven Fiction Factory, What Do You Want From Me Monaco (piosenka bardziej znana z charakterystycznego sha-la-la), oczywiscie Some Girls Are Bigger Than Others The Smiths, choć z ostatniego dziewczyny szybko zrezygnowały, jako że nie całkiem pasował do przyjętej linii programowej: nie tylko nie miały to być współczesne piosenki, ale i nie miały pochodzić od cenionych przez Andy zespołów. Dodatkowy warunek polegał na tym, by można je było jeszcze zagrać na nowo, po swojemu. Mówi Kasia: Jest mnóstwo zabójczych hitów z lat 80. Fajnych piosenek, ktorych ludzie już nie pamiętają. Cenimy Radiohead albo Kings of Leon, ale ich utwory nie potrzebują odświeżania. No i wiadomo, że w porównaniu z oryginałem wypadnie się raczej słabo. Przypomina mi się, jak widziałam jakiś zespół w telewizji, oni po prostu przekleili sobie fragment piosenki Kings of Leon bez żadnych zmian, my tego nie robimy. Bożena: Nawet kiedy na próbach wychodziło coś podobnego, wyrzucałyśmy. Może Nic z tego nie będzie przypomina The Strokes, też jest szybka... Ania: Raczej Komety. Wśród ulubionych artystów dziewczyny wymieniają Kings of Leon, Blur, Pulp, Oasis, zespół Ride, którego wokalista Andy Bell użyczył im swojego imienia, a dalej: New Order, Joy Division, Stone Roses... Zapowiadana na luty przyszłego roku reedycja debiutu oprócz dwóch nowych oryginalnych utworów ma zawierać The Power Of Love Frankie Goes To Hollywood.

Miasta

Tylko na samym początku, zanim jeszcze zaczęły grać, trzy z nich mieszkały w Krakowie, jedynie Ania Gąsior w Mysłowicach. Wkrótce zaczęły się poważne życiowe przeprowadzki, Bożena wróciła do Bielska-Białej, Ania przeniosła się do Warszawy, a po jakimś czasie również Kasia, która w tym czasie rozpoczęła studia w Łodzi, a obecnie wróciła do Krakowa, wreszcie Joanna z Krakowa wyjechała do podwarszawskiej Zielonki. Sytuacja wciąż jest dynamiczna i przed każdym spotkaniem, próbą czy koncertem zespół musi pokonać liczne trudności logistyczne, najczęściej korzystając z własnego zabałaganionego pokoju w warszawskim mieszkaniu Ani. Kasia: Normalny zespół by się pięćdziesiąt razy rozpadł, a my dalej chcemy ze sobą grać. Był taki okres, że grałyśmy tylko w niektóre weekendy, raczej rzadko. Trochę trudno grać koncerty, kiedy nie można się wcześniej spotkać, a my często nie mogłyśmy nawet zagrać próby. W tej sytuacji najprostsze sprawy zajmowały nam dwa miesiące.

Na fali

Wbrew pozorom i na przekór recenzentom piszącym "to było dobre siedem lat temu" koncertujący od dawna zespół często jest dopiero teraz odkrywany. Ania: Oczywiście, że tak. Tak naprawdę przecież ledwie tydzień temu wydałyśmy płytę. Gramy w wielu miejscach, mamy wielu nowych słuchaczy, przychodzą młodzi ludzie, usłyszą nas w radiu, sprawdzą na MySpace, i potem piszą: "ale świetnie, że powstał taki zespół". To samo dzieje się na naszych koncertach z T.Love, na początku czujemy dystans, a potem, że słuchaczom coraz bardziej się podoba. Środowisko krakowsko-warszawskie jest bardzo zamknięte, ale jest wielu innych ludzi w tym kraju i wiele innych miast. Naprawdę nie wszyscy fani muzyki chodzą do Jadłodajni Filozoficznej. Kasia: Wielu polskim zespołom indie wydaje się, że są pępkiem świata, że zna ich cała Polska. A jest tak, że jeśli tysiąc osób o nich słyszało, to jest bardzo dobrze. To zamknięte i ekstremalnie małe środowisko. Ania: Interesują się tylko sobą nawzajem. Kasia: My byłyśmy zawszena marginesie, nigdy się nie uważałyśmy za bardzo za indie, i też nie byłyśmy uważane, w Jadłodajni zagrałyśmy tylko jeden koncert.

Andy w internecie

Zniknęło funkcjonujące parę lat temu na stronie www.andy.art.pl forum, lista pieczołowicie odnotowywanych kolejnych koncertów urywa się w 2006 roku, pytana o zespół wyszukiwarka odsyła obecnie na strony "z życia gwiazd", zaś fani i antyfani przenieśli się na MySpace, gdzie teledysk zaliczył w dwa dni 11 tys. obejrzeń, piosenki notują po kilkaset odsłuchań dziennie oraz gdzie kontynuowana jest nieustająca od początku istnienia Andy debata w sprawie rangi artystycznej zespołu. Kasia: Kiedyś rozwinęła się straszliwa nagonka, aż szkoda cytować, poza kwestiami artystycznymi opisywano naszą prezencję i że jesteśmy niedożywione. Obecnie już tego nie śledzimy. Ania: Choćby dla higieny psychicznej.

Słynna płyta

To nie jest nasza perkusja, my po prostu nie mamy takich bajerów, ale za to mamy przypinki, cztery złote, do kupienia po koncercie, bardzo fajne przypinki, trzy rodzaje. Koszulki można kupić w butik.pl, wszystko już mamy. Tylko płyty jeszcze nie mamy - mówi Ania Dziewit na wydanej w trzech egzemplarzach pirackiej płycie dokumentującej koncert w krakowskim klubie Faust w czerwcu 2003 roku. Sześć lat później nie ma śladu po przypinkach, nie ma już Wbrew powszechnej opinii nie nagrywały jej siedem lat, a tylko dwa tygodnie. Jak mówi Ania, nie miała to być płyta dla piętnastu osób sprzedawana na koncercie w małym klubie z kartonowego pudełka. Miała być dobrze nagrana, dobrze wyprodukowana i trafić do szerokiej publiczności. Wcześniej należało jeszcze zarobić na studio i znaleźć odpowiedniego producenta (którym został Mariusz Szypura). W kwietniu materiał był już gotowy. Kasia: A cały czas słyszymy: "Osiem lat, Boże. Co wyście robiły osiem lat?". Podawanie roku 2001 jako daty to wielki błąd. Myśmy się wtedy tylko poznały. Nie założyłyśmy zespołu, przecież nawet nie grałyśmy. Przez pierwsze pół roku chodziłyśmy wspolnie na herbatę do kawiarni i rozmawiałyśmy o muzyce. Najpierw się kolegowałyśmy. Na naszym pierwszym koncercie w Nowej Hucie cały sprzęt podłączyłyśmy do jednego kontaktu, razem z dwudziestoma kompletami lampek. Dziwne, że cała impreza nie poszła z dymem. Było 15 osób, m.in. obecna basistka, miałyśmy łzy w oczach. Rozniosło się, że było fajnie, i doszło to do CKOD. Odezwali się do nas: Słyszeliśmy, że było fantastycznie, czy chcecie zagrać za tydzien z nami w MegaClubie? Byli wtedy na ich fali wznoszacej, przychodziła masa ludzi, w tym MegaClubie zagrałyśmy chyba jeszcze gorzej niż w CDQ. I to się nazywało, że my już g-r-a-m-y. Ania: Nasz optymizm pod hasłem "gramy rockandrolla" i "każdy może grać" napotkał dobrą wolę wielu osób. Kasia: Myślałyśmy wtedy, że najwyżej później zmienimy nazwę zespołu. Tak wyglądała pierwsza trasa. Wydarzenie raczej towarzyskie. To była nowość, że cztery dziewczyny grają, a my jeszcze trochę byłyśmy dziećmi, miałam 17 lat, Ania 20. Wszyscy oszaleli, to było najgorsze. Zaczęli o nas pisać, że jest super, dzwonili do nas z gazety "Uroda". Grać nie umiałyśmy, a już wtedy namawiali nas, żebyśmy nagrały płytę. Byłyśmy młode, ale miałyśmy na tyle zdrowego rozsądku, żeby odpowiedzieć: No może jeszcze trochę poczekamy. No i poczekałyśmy. Potem nastąpił splot niekorzystnych okoliczności, poznałyśmy parę osób, które nas... hm, skierowały na złe tory. I teraz chciałybyśmy ich postawić na tych torach, i żeby coś ich przejechało. Spotykałyśmy ludzi, którzy mówili: Słuchajcie, ja wam wydam płytę, będziecie grały z Cocteau Twins. Będzie super. I tak się dwa lata bujałyśmy, czekałyśmy na nasz występ z Cocteau Twins. Miałyśmy inne propozycje, ale odrzucałyśmy je dla Cocteau Twins. Później było jeszcze parę takich sytuacji. Byłyśmy naiwne, teraz już od razu mówimy: To nieprawda, to się na pewno nie uda, nic z tego nie będzie. Ania: W płytę dla wielkiej wytwórni uwierzyłam dopiero wtedy, kiedy podpisałyśmy umowy. A nawet gdy miałam to na papierze, czekałam aż dostanę płytę do ręki, póki nie zobaczę na półce w sklepie. Kasia: Bałam się, że coś się jeszcze wydarzy, coś nagłego nam przeszkodzi i nie wydamy tej płyty. A teraz prawie wszystkie radia nas grają. Nawet RMF podobno posłał naszą piosenkę na badania, czy ewentualnie odpowiadałaby gustowi statystycznego słuchacza. Puszcza się trzy dźwięki przez telefon... Radio Wawa, Radio Roxy, Radio Kielce i Radio Elbląg...

Nowe brzmienie

Debiutancki album jest odpowiedzią na frapujące fanów od siedmiu lat pytanie o prawdziwe brzmienie Andy. Ania: Do tej pory nikt nie wiedział, jakie mamy brzmienie, bo nigdy nie nagrywałyśmy. Na każdym koncercie było inaczej, bo zawsze gramy na cudzym sprzęcie. Tak więc ostatecznie mamy takie jak na płycie. Bożena: Teraz w końcu można nas dobrze usłyszeć, kiedy gramy koncerty na dobrym sprzęcie T.Love. Dlatego nie rozumiemy zarzutów, że zmieniłyśmy brzmienie pod publikę. Bo nagrania z koncertów to był dramat, najczęściej miałyśmy brzmienie jak odkurzacz. Joanna: Płyta jest wygładzona, sama wolę wersje bardziej garażowe, ale na koncertach gramy tak jak zawsze, czyli nieco ostrzej niż na płycie.

Najgorsze koncerty

Za najgorszy uchodzi występ w lutym 2003 roku na imprezie promocyjnej almanachu "Lampa i Iskra Boża" w CDQ w Warszawie. Ania: W CDQ była fajna atmosfera, ale pod względem artystyczno-technicznym koncert był straszny, perkusja wpadła do dziury, byłyśmy bardzo zestresowane. A zaproszeni na koncert ważni ludzie z wytwórni płytowych nas na wiele lat wykreślili. Rzeźnia. Kasia: To był nasz pierwszy koncert, kiedy musiałyśmy dać sobie radę bez żadnej pomocy. Nie wiedziałyśmy, że trzeba ustawić odsłuch, więc nie słyszałam siebie, nie robiłam żadnych przejść, grałyśmy numer przez pięć minut i nie wiedziałam, jak skończyć. Gdy perkusja zapadła się pod ziemię, a na scenę weszła Dorota Masłowska i zaczęły z Anią taniec synchroniczny, uznałyśmy, że chyba jednak nie podpiszemy kontraktu.

Wsłuchując się dzisiaj w jeden z trzech egzemplarzy koncertowego bootlegu, można zauważyć, że mimo ograniczonego repertuaru jedynie Mnie już nigdy trafiło na oficjalny album. Można także wyłowić instrumentalną wersję piosenki Złote rybki, która właśnie wtedy została ad hoc wyimprowizowana, na czas wymiany zerwanej struny w gitarze Ani. Równie fatalnie wypadł koncert na przeglądzie młodych zespołów w warszawskim Punkcie, który zaczął się wczesnym popołudniem, a dziewczyny wyszły na scenę o drugiej w nocy jako szesnasty z kolei zespół, potwornie zmęczone. Ania: A rano szłyśmy do pracy. Po koncercie przyszedł Dunin i tak mnie zjechał, że się popłakałam. Joanna: Dla mnie najgorszy artystycznie był koncert w Tbilisi, zagrany bez próby, kiedy zaczęłam pierwszą piosenkę od niewłaściwego dźwięku i potem już się nic nie zgadzało. Kasia: Zresztą w ocenie koncertu my zwykle różnimy się z fanami. Ciekawym doświadczeniem, choć z innych powodów, był też koncert w Chinach. Klimat podzwrotnikowy w porze monsunu... Podobało nam się bardzo, ale kiedy grałyśmy na VIII piętrze w jakimś wieżowcu w nocy, było chyba sto stopni, wilgotność powietrza wynosiła 100%. A my się tak umalowałyśmy... I jeden reflektor bezpośrednio na Ankę, a drugi mi w plecy. Po trzech minutach pot spływał nogawkami. jakbym wyszła spod prysznica. Był tłum, powyżej pół tysiąca, i wszyscy mieli aparaty, uważali, że jesteśmy piękne i robili nam zdjęcia. Ania: Pewnie w życiu nie miałam brzydszych zdjęć. Przepocone spodnie dżinsowe. Nie znaczy to, że zagrałyśmy najgorzej, tylko po prostu okoliczności... Po występie w Guangzhou miałyśmy grać na Tajwanie, niestety, zgubiłam wizytówkę.

Extended Play

Kasia: Myśmy nigdy nie miały żadnej epki. Aaaaaa, kiedy to było? To była typowa niezależna produkcja dla sześciu osób, tak właśnie wygląda wydawanie niezależnych płyt w Polsce. Nagrywałyśmy ją w w sali prób w Nowej Hucie przy minus 10°C na adapter szpulowy. Jak widać, nie można mówić, że przez osiem lat nic nie robiłyśmy. Nagrałyśmy epkę. Nagrałyśmy numer na płytę Broniewski. Wymieniony na okładce utwór Człowiek, którego nie było... to straszna bujda, to są Złote rybki. Siedziałyśmy sobie w sali prób i miałyśmy wrażenie, że to nie może się nazywać Rybki, nazw?my to Człowiek, którego nie było. Dur brzuszny Oprócz Złotych rybek w CDQ można było usłyszeć piosenkę Idę przed siebie z tekstem Ani Gąsior, której fragmenty rozpoznajemy na płycie. Ania: Nie sądzę, żeby ktoś tak dobrze znał naszą twórczość, by zauważył wpływy tej wczesnej piosenki w utworze 13 piętro. Powoli musimy zresztą odzwyczajać się od tytułów roboczych, żeby w ogóle móc rozmawiać o tych piosenkach, chociaż przez całe lata nazywały się Dur brzuszny czy Strokes, a także Wchodzę albo Music. Tytuły oryginalne wymyślałyśmy w wieczór przed ostatecznym terminem oddania okładki do druku, Miasto było już zajęte w ZAiKS-ie, wahałyśmy się, czy dać Mocno trzymam cię za rękę, czy jednak London Calling.

Kariera zagraniczna

Debiutem w tej kategorii był koncert w Budapeszcie w lutym 2004 roku, dokąd na festiwal kultury polskiej zaprosił Andy Lajos Pálfalvi, dziewczyny zapamiętały stamtąd małe wzmacniacze i małe instrumenty, piszący te słowa - zasłonięte wszystkie okna, telewizory odtwarzające w kółko pocztówkowe ujęcia największych atrakcji naszego kraju, głównie krakowskiego rynku, natarczywe zachęcanie do wizyty w Polsce oraz uwagi Krzysztofa Vargi: "To może byśmy pojechali do Polski? Pojedźmy tam". Na występ Andy przyszło jakieś dwanaście Jana Kochanowskiego z Opola, ale również dwóch Węgrów (z Vargą trzech).



Pseudonim:

Komentarz: