Paweł Kozioł
Ideologia, i do tego błędna - "Lampa" 12/2009
Wiersze i między wierszami Krzysztofa Lisowskiego to książka zła, bo wybitnie deklamatorska. Świadczą o tym lin?ki takie, jak panowie naszego snu przestają uprawiać przeszłość / czekają na herbatę i słone ciasto umarłych. Ot, takie stylizacje, trochę Herbert (od którego bezpośrednio pożyczona fraza zwęglone krosna) a trochę Kawafis (Jeśli takie jest ciało / Ile przymiotów musi posiadać jej dusza / Jej mowa i myśl), z oryginałów biorące akurat to, co w nich najbardziej uwiera - to znaczy solenność - lecz pozbawione innych zalet, jakie można by stamtąd czerpać. Naszemu poecie pozostaje mniej więcej tyle: archaiczne, pseudowzniosłe i kolekcjonerskie rejestry wchodzące w miejsce autentycznego kontaktu z tradycją i kulturą, Grecja - o której, jak się dowiadujemy z tylnej okładki, Lissowski pisze książkę - raczej turystyczna, klasycyzm pojęty jako literackie dolce vita. Jest to, rzecz jasna, słodycz przynajmniej w zamyśle złamana jakimiś sygnałami przem?ania, śmierci i goryczy, co jednak nadal nie wyprowadza jej poza zakres specyficznie pojętej literatury koktajlowej.
Kiedy jednak Lissowski próbuje otrzeć się o tragizm, to jest niewiele lepiej. Dowiadujemy się podówczas, że światło w naczyniach z ołowiu odpoczywa (widząc podobny szyk przestawny przypominam sobie zwykle zdanie "inwersji nadmiarowi tamę postawimy") albo, co gorsza, że dobrze wypoczywa się śmierci / na połyskliwym puchu ciemności bez pamięci. Ta ostatnia jest zresztą jednym z pustych słów-kluczy - gdzie indziej dowiadujemy się bowiem o umarłych, że są przesiewani przez wiatr / z nieobecności w pamięć. Jeśli zaś komuś taki alegoryczny ożenek abstrakcji z eterycznym żywiołem nie przypada do gustu, poeta może dla odmiany wyrazić się krótko a dosadnie: przez cały rok gonią nas groby.
Między wierszami znajdują się jeszcze aforyzmy. Pół biedy, kiedy są zanotowanymi cytatami. Prawdziwy problem stanowi tzw. inwencja własna, dyktująca lin?ki takie, jak Moknąć na tym samym deszczu z wieloma znakomitościami (ze wzdychającym wielokropkiem na końcu) bądź groteskowe autokomplementy: Piotr nazwał to, co tu piszę, poematem z długą przyszłością. Przyszłość to jednak tyleż długa, ile monotonna, znaczona dojmującym brakiem czytelników. I dobrze, gdyż poza pseudoklasyczną pozą w tych wierszach nie ma nic.
Jeśli w przypadku poprzedniej pozycji ostre konstatacje wypowiada się z łatwością, to następny przykład jest bardziej problematyczny. Suplement Marka Lobo Wojciechowskiego, który omawiałem w tej rubryce kilka miesięcy temu, był książką całkiem dobrą. Tym razem jednak wygląda na to, że autor zadziałał niezgodnie z własnym rytmem tworzenia, albo też zebrał wiersze wcześniej odrzucone, na skutek czego ektoplazma z przeproszeniem przecieka przez palce. Na okładce czytamy co prawda słowa Edwarda Pasewicza, według którego te wiersze są rzetelne i męskie, lecz wolałbym te słowa uznać za napisane trochę na pamięć. Bo wprawdzie usprawiedliwiają je solidne, ukonkretniające frazy w rodzaju powietrze o konsystencji szarego kisielu bądź opowieści o życiu poborowych we wrześniu 1981 (Piwo podawane w słoikach, z których przed chwilą // wyskrobano gołąbki. Stoimy w czterech, jak zwykle, / jak zwykle zamawiamy to samo: piwo, seta, seta, piwo, seta), ale niestety w książce dominuje język zgoła inny, język nieusprawiedliwionego sentymentalizmu. I aby było jasne: nie przeciw sentymentom tutaj występuję, tylko przeciw pretensjonalnemu ich wyrażaniu. Bo jak inaczej określić formuły w rodzaju Filiżanka tak mała, że mieści zaledwie / parę kropli coffea, kwintesencji pragnień albo Niebo jak czarna chusta, / cień kota na krawędzi dachu i księżyc. Tu autor wprawdzie asekuruje się wstępną formułą No, i mamy kicz, a następnie kontruje kurwa, mówię ci, księżyc jak pyzaty chłopczyk, skłonność do kiczu jednak pozostaje. Przejawia się ona np. próbami wierszy rymowanych (jesień już, bracie. Opadają liście. / Opada prącie, zmęczone podróżą / przez dni i lata, pośród różnych łóżek) albo też metafory nazbyt patetyczne (Za rogiem stoi nic i czeka na twoje oczy).
Odnoszę wrażenie, że w wypadku tego tomiku, do którego żadną miarą nie mogę się przekonać, zawiniły dwie rzeczy: zbyt krótki odstęp po poprzednich publikacjach, a także redakcja. Wszystko to da się w następnej książce poprawić.
Ciekawą, choć chwilami przesadną ekspresję ma Eine Kleine Todesmusik Grzegorza Kwiatkowskiego. Ujmuje mnie na przykład następująca konstatacja: kiedy w wierszach czytacie / o Miłoszu Pollocku Rimbaudzie i Kafce / wiedzcie że autor odwiedzał solarium literackie. Trochę natomiast gorzej, że w zastępstwie autor proponuje nam słownik symboli elementarnych, werbalnie przenicowywanych na drugą stronę (po przebudzeniu podszedłem do nocnej lampy / i chwyciłem ją do ręki / ale lampa nie miała ciężaru lampy / i światło które wydzielała / nie było światłem). W skrócie można powiedzieć, że w poezji Kwiatkowskiego rozgrywa się pojedynek między swoma rodzajami światła: zewnętrznym (odrzuconym) i tym zaprzeczonym, które poeta mimo wszystko próbuje nazwać. Ten abstrakcyjny sposób myślenia o poezji - że się nie mówi, a jednak się mówi - nie jest mi, delikatnie rzecz ujmując, bliski. Kwiatkowskiego ratuje jednak dość twarde brzmienie jego frazy (ciało mężczyzny uderzające o ciało kobiety . bo tylko tak potrafią wyznać sobie miłość), brak jakiegoś zbędnego rozbuchania obrazów, wreszcie ironia (pisząc na papierze niszczysz tropikalne lasy / korzystając z sieci i laptopa wspierasz globalizm i niszczysz małe wsie) i specyficznie chłodny sposób pisania o ludziach starych (starość jest w tej poezji tematem częstym).
Mówiąc w skrócie: wystarczająco mało tu śmiecia, ażeby w tych tekstach móc oczekiwać epifanii, jak również wystarczająco dużo energii, aby uwierzyć w chęć przeb?ania się gdzieś pod podszewkę rzeczywistości. Mimo to nie odczuwam zaplanowanego przez autora wstrząsu, a w upartych projekcjach "czegoś więcej" widzę po prostu inny zestaw rekwizytów (należałoby pisać o kamieniu drzewie / kształcie domu albo twarzy swej matki). Ironię tej sytuacji odzwierciedla coś, co w jeden z wierszy włożone jest jako piosenka chłopca, który chce być żołnierzem i chorej na płuca dziewczyny (w sam raz do narysowania przez Macieja Sieńczyka): chce dusić się górskim powietrzem / i chce mieć ranne od kuli serce, pomimo nieobecności na horyzoncie wojny ani gór. Poezja Kwiatkowskiego w jej obecnej formie skazana jest na podobny rodzaj niespełnienia, ambicję próby warto jednak docenić.
Czego się można spodziewać po tomiku zatytułowanym NeoNoe? Metaforyki wodnej, motta z filmu Matrix i wiążących się z nim obrazów przemienionego świata, wątków bibl?nych, pewnej przymieszki patosu. I Radosław Wiśniewski daje to wszystko. Przykład morski niech wygląda tak: szedłem brzegiem wody gdy bałtyk powstał w fale / wysokie jak drabiny, za obraz innej rzeczywistości niech posłuży fraza to nie jest wyjście ani droga, to wściekły w?, złośliwe / smoczysko żłobi trop w mule pochmurnej kotliny. Biblię - czy szerzej przestrzeń zamieszkiwaną przez postaci z historii religii - przypomina Hiob, Noemi, czy św. Brendan z jego łodzią, nawiązujący jakoś do tytułowego Noego. Stosunkowo najmniej tu tropów nowoczesnych (Noe jest neo w porównaniu z pierwowzorem, nie zaś z rzeczywistością otaczającą tę poezję), lecz takie widać prawo przemiany i nic mi do tego.
Obrazowanie Wiśniewskiego cechuje pewna gwałtowność (otwieram burty, niech wzejdzie // morze, niech skończy się ten / skowyt), korzystnie odb?ająca na tle monotonii dzisiejszej poezji. Gwałtowność tę można eskalować (Skejt Erwin Rommel // głosi z murów że Jezus Chrystus przyjdzie w glanach. / Mam takie same.) albo - niekiedy i bezwiednie - przerysowywać (śmiech bufetowej niby skrzek dartej blachy albo wokół erodowało powietrze jakby miało zapaść). Z prezentowaną gwałtownością wiąże się także skłonność do stosowania metafor militarnych, i to nawet w opisie zaręczyn. Sytuacyjnym usprawiedliwieniem jest co prawda fakt, że scena rozgrywa się na Westerplatte, lecz obraz i tak niepokoi (znowu: na tle ogólnej miękkości współczesnej poezji uważam to za zaletę): podawałem ci błyszczące kółko // z polerowanego metalu, które pomaga / podejmować decyzje i jest ciężkie / jak zawleczka.
Wątki wodne z militarnymi udatnie łączy figura u-boota, wrogiej łodzi podwodnej i sianych przez nią zniszczeń (postaci wątłe niczym krzyżyk / uczyniony ołówkiem na mapie północnego atlantyku / wiele lat temu).
Łatwo zarzuca się takim książkom niespójność, ale też poety to kryterium nie obchodzi. Poglądy Wiśniewskiego najlepiej wyraża bowiem notka na tylnej okładce tomiku następnej bohaterki omówienia: To tomik w ciągłej drodze, stawaniu się, wspinaniu na wyżyny mówiącego podmiotu - wbrew prawu ciążenia poezji ostatnich lat, w której liczy się projekt, próba cyzelowanego języka.
Mimo tej próby okładkowego ideologicznego uwikłania Przewieszka Magdaleny Nowickiej jest dobrą w odbiorze, energetyczną książką. Znaczna część tej energii wynika z faktu, iż autorka przyznaje się do uprawiania sportu pod tytułem wspinaczka i chętnie czerpie z niego metafory. Te są przydatne w opisywaniu bliskości fizycznej (Przewieszki idą nam zgrabniej niż kołysanie na morzu. / Moje mięśnie kurczą się w napiętych związkach. Uczucie ulatuje / z ust i para traci natężenie), albo też zaufania i jego braku (wiersz Uçan Teneke traktujący o łączącej wspinaczy linie i wątpliwościach, czy w razie czego utrzyma). Pojawiają się także elementy slangu, jak choćby informacja, że foliakami nazywa się turystów w prezerwatywach / na deszcz.
Eksplorowanie jednego zestawu motywów może co prawda prowadzić do wrażenia pewnej monotonii, niemniej jednak od razu trzeba przyznać, iż powtórzenia nie dotyczą ogranych elementów wewnętrznego pejzażu ani też utrwalonych w kulturze dekoracji. Inna rzecz, że Nowicka od czasu do czasu zmienia rejestr na bardziej ironiczny, wyraźniej nacechowany zabawą językową (wiersze górskie sprawiają wrażenie mniej stylistycznie obrobionych, jakby miała w nich mówić sama sytuacja). I wygląda to tak: I had a dream, że jestem czarną prezydentową. / Dobrze mi było z dodatkowym kolorem. Nikt / nie mógł mi zarzucić, że moje myśli są ogorzałe, / a żart spalony. Nie wszystkie frazy - co cenne - są przy tym wypowiadane z perspektywy "ja", co poświadcza chociażby następująca obserwacja językowo-obyczajowa: Adaggię zżerała miłość do Możdżera. / Nie chciała przeciągać struny. Odeszła z klawiszem.
Pewnej dozy sympatii do wierszy Nowickiej nauczyła mnie już przygnębiająca skądinąd łódzka antologia na grani - te wiersze najwyraźniej odstawały tam od tonu całości. Teraz początkowe wrażenie mogę tylko potwierdzić. Mamy więc dobry debiut i nadzieję, że następna książka okaże się równie dobra (co pewnie będzie wymagać oswojenia nowego zestawu rekwizytów).
Korporacja Ha!art od dawna dość chętnie wydaje wiersze Piotra Macierzyńskiego. Tym razem na okładce widnieje zgrabny tytuł Zbiór zadań z chemii i metafizyki, a w środku dwa podtytuły wyróżniające rzeczone zbiory, oraz trzeci, po którym mają znajdować się rozwiązania. Od razu trzeba powiedzieć, że chemia (czyli wiersze damsko-męskie z podmiotem lirycznym w roli głównej) sprawdza się lepiej niż metafizyka (utwory z aluzjami relig?nymi), a rozwiązania są - co nawet jawi się dość logiczne, zważywszy na tytuł książki - na poziomie licealnym (dusza jest wątrobą / dla idei mitów oraz zabobonów [...] zwierzęta żyją zupełnie bez wątroby / dzięki temu nie znają wojen i wypraw krzyżowych). W przypadku chemii nieco łatwiej powiedzieć, po co poecie temat (by prezentować mieszankę dumy, ironii i melancholii: wtedy rano przyznała się że działam na nią jak narkotyk / ale widocznie ostatnio poszła na detoks). Określenie funkcji wierszy typu Spedycja (o bankrutującym Charonie) albo konstrukcji opisujących Chrystusa jako poetę (w porównaniu ze śmiercią Jezusa / Łazarz mógłby napisać jedynie fraszkę) jest nieco trudniejsze. Znaczy, mówiąc ogólnie, libertynizm to rzecz efektowna, ale w tej wersji staje się wyłącznie zabawą intelektualną.
Zabawa jest tym bardziej efektowna, że poeta wybiera formy rutynowo przeznaczone do wygłaszania mądrości - na przykład powściągliwą, Różewiczowską wersyfikację. Co więcej Macierzyński ma skłonność do pisania wierszy, które się dają szatkować na aforyzmy, czasami cechujące się uroczą brutalnością (Syberia to taka Sorbona północy / tylko w tej części Rosji pozwalano myśleć), czasem niestety walące w głowę tępym stylistycznym narzędziem (niestety dopiero będąc mądrym posiada się wiedzę / że najprzyjemniej jest żyć kiedy jest się głupcem). Wiem, że istnieje wielu wielbicieli ironii w wykonaniu tego weterana konkursów literackich - prawdopodobnie jednak jest to produkt, który lepiej się sprawdza w krótkich seriach i w obecności napuszonych konkurentów aniżeli w momencie, gdy funkcjonować ma sam.
Korporacja Ha!art wydała również pozycję zatytułowaną Kryzys. Biuletyn poetycki. Na tylnej okładce tego produktu (a ma on miękką, faktycznie kryzysową oprawę, co w połączeniu z dużym, prawie gazetowym formatem powoduje, iż wydawnictwo to prędzej czy później musi się fizycznie zmacerować) widnieją słowa dumne i apodyktyczne, porównujące Kryzys m. in. z Europą czy Ziemią na lewo. Chodzić ma o połaczenie zaangażowania społecznego autorów z tradycją poezjografii międzywojnia.
Jeżeli już mówimy, drogie dzieci, o szczytnych przedwojennych tradycjach, to warto pamiętać, że wydawnictwo pod tytułem Kryzys byłoby wówczas zrecenzowane słowem rzeczywiście, przy czym kwestie graficzne nie są tu bez znaczenia. Przedwojenne wydawnictwa poetycko-polityczne operowały językiem plastycznym nawiązującym do gazet, radykalizującym ich elementy (tekst, zdjęcie) za pomocą kolażu; Kryzys ma wygląd dekoracyjny i dizajnerski, a głównym efektem jest zamiana liter na znaki graficzne (moneta zamiast "o", skarpetka zamiast "l"). Przedwojenna, gazetopodobna grafika dobrze odnosiła się do tematu; w Kryzysie jedyny tekst, którego wygląd coś znaczy, został napisany przez Agnieszkę Mirahinę. Nosi on tytuł Pédał, a idzie tak: kimże bym był bez tych kropek, / kresek, daszków, kółeczek, / akcentów, ogonków! W ogóle ta autorka sprawia wrażenie, jakby stosunkowo najbardziej przeformatowała swoją poetykę na potrzeby Kryzysu. I ma to pewną wartość: próby pisania aforystycznego, które w tomiku Radiowidmo nieco krytykowałem, tutaj zaczynają się udawać. W starym, sprawdzonym stylu utrzymany jest tylko jeden jej wiersz, rozgrywający się w państwie które nie istnieje. nad którym jeszcze ja panuję / i które wyciszam. Ale, powtarzam, na resztę też nie narzekam.
Redaktorom (pomysł Piotr Marecki, wykonanie Grzegorz Jankowicz) nie mozna odmówić pewnej dozy autoironii. Autorzy są wprawdzie ułożeni alfabetycznie, jednakże wielkie brawa należą się za wybór pierwszego wiersza Jasia Kapeli. Padają w nim bowiem słowa Przez chwilę myślałem, że oto / poznałem informację. / Lecz potem zrozumiałem, / że to była ideologia, / i do tego błędna. Kapela w ogóle sprawia wrażenie, jakby szczytną ideę biuletynu niecnie parodiował, co zresztą mieco nadętej całości wychodzi na zdrowie.
Poetycko sprawa przedstawia się tak, że teksty są o jeden stopień uproszczone. Autorom, którzy i tak pisali w sposób prosty - choćby Kapeli - taka strategia szkodzi, natomiast urodzeni komplikatorzy tworzą w tej sytuacji efektowne slogany (nie ma żadnego kryzysu / to jest normalny stan kapitalizmu - to Szczepan Kopyt) i zgrabne gry słów (ty która wyszłaś z filozofii podmiotu i nigdy nie wróciłaś - tenże). Najbardziej jednak przekonuje mnie taka oto próba uproszczenia tzw. poezji cybernetycznej: Drzewo, które nie ma / gałęzi w sektorze, / kopiuje stan powietrza, regulując "tym samym" / rachunek za media / podziemne. Tak pisze Łukasz Podgórni, a "kopiowanie stanu powietrza" oznacza u niego chyba, że drzewo nie rośnie. I zanim się wyśmieje to jako dziwaczenie, należy sobie uświadomoć, iż za tą gierką słowną kryje się całkiem zacna filozoficzna sugestia. Ta mianowicie, że myślenie o świecie w kategoriach ekonomicznych jest jakoś wdrukowane w naturę i w związku z tym demontować je co najmniej trudno.
Zostaje jeszcze Tomasz Pułka, najbardziej chyba w całym biuletynie nierówny. Oprócz świetnego ostatniego wiersza Okoliczności (Zauważyłem że ręce trzymające głowę nie wyrażają żalu / A chcą jedynie jeszcze bardziej się wywyższyć ) Pułka prezentuje chaotyczne frazy w rodzaju lo g os to niedźwiedź i propagandę prozą (Wczoraj dowiedziałem się, że "jedyną receptą na kryzys jest patriotyzm konsumencki". Wyobraźnia nie sięga ironią w to zdanie).
Cóż, moja ironia nie sięga wyobraźnią w zadanie, jakie kryzysowy biuletyn miałby spełniać. Protest czy gadźet, uproszczenie czy prymitywizacja, myślenie czy slogan? Zależy, na którą stronę padnie wzrok.
Krzysztof Lisowski Wiersze i między wierszami seria biblioteka "Toposu", Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2009
Marek Lobo Wojciechowski ektoplazma "Rivia" Aleksandra Duda i Związek Literatów Polskich, oddział w Gorzowie Wlkp., Gorzów Wielkopolski 2009
Grzegorz Kwiatkowski Eine Kleine Todesmusik, Mamiko, Nowa Ruda 2009
Radosław Wiśniewski NeoNoe Seria poetycka Inicjał, Fundacja Pogranicze, Sejny 2009
Magdalena Nowicka Przewieszka seria "biblioteka ARTERII, Poleski Ośrodek Sztuki i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Łodzi, Łódź 2009
Piotr Macierzyński Zbiór zadań z chemii i metafizyki Korporacja Ha!art, Kraków 2009
Jaś Kapela, Szczepan Kopyt, Agnieszka Mirahina, Łukasz Podgórni, Tomasz Pułka Kryzys. Biuletyn poetycki, Korporacja Ha!art, Kraków 2009
Paweł KOZIOŁ
analfistfakkubotarejsingtim -- Thursday, December 24 2009, 09:29 pm
można possać zassać pindola e.k.t.m. i przekonać się na własnym małfje - http://kwiatkowski.art.pl/wp-content/uploads/2009/09/grzegorz-kwiatkowski-eine-kleine-todesmusik.pdf
Kurak -- Monday, December 28 2009, 12:27 pm
Kwiatkowski, nie bądź żałosny.
dear kurak -- Wednesday, December 30 2009, 11:15 am
a jednak chuj ci na imię
dziupla -- Wednesday, December 30 2009, 02:09 pm
jeszcze na forum onetu powinieneś podlinkować swoją książkę!
pleple -- Wednesday, December 30 2009, 02:48 pm
yes, tak, si. \"Nawet śpiąc pracujemy nad stawaniem się świata\"
plepleple? -- Wednesday, December 30 2009, 02:50 pm
ten wpis w kwestii onetu. fora sa chyba czynne 24h?
plepleple? -- Wednesday, December 30 2009, 02:51 pm
ten wpis w kwestii onetu. fora sa chyba czynne 24h?
analfistfakkubotarejsingtim -- Wednesday, December 30 2009, 03:12 pm
i debiutancką przeprawę również - http://kwiatkowski.art.pl/wp-content/uploads/2009/09/grzegorz-kwiatkowski-przeprawa.pdf