Paweł Kozioł
Niebo przewraca się w grobie - "Lampa" 1-2/2010
Wciąż dobrze trzyma się szkoła, według zasad której wiersze, zwłaszcza kiedy dotyczą układów miłosnych, odczuwania przyrody i innych takich kwestii, powinny sycić pięknem i ociekać słodyczą. To, że czytelnik czegoś takiego prędzej zrobi się wściekle ironiczny niż tak szczęśliwy, jakby mu gębę przytkać cukierkiem potocznie nazywanym mordoklejką, słodzącym autorom z reguły do głowy nie przychodzi. A jeżeli w ich tekstach uwzględniona zostaje dodatkowo metaforyka powietrzna i obłoczna, to patrz tytuł, nielitościwie z wiersza tego rodzaju wypożyczony. Jest on potrzebny, ponieważ tak jakoś się złożyło, że zestaw na obecny numer w wiersze słodko-nadmuchiwane obfituje jak nigdy bodaj przedtem.
Osobliwym produktem poetyckim tej właśnie odmiany jest Obieżyświat Krzysztofa Świerkosza. Mniej więcej jedna trzecia wierszy nosi podwójne, polsko-angielskie tytuły, przy czym nie jest to tłumaczenie, tylko raczej komentarz. Osobliwa jest jednak przede wszystkim zawartość, niekoniecznie rytmiczna, a często rymowana, dla której ratunek mógłby niekiedy stanowić jakiś hiphopowy podkład. Posłuchajmy: noc dziś ciepła jak na tę porę roku / zasłania się miasta witrażem - rozmarzona kotka / ciekawe / kogo dzisiaj spotkam // kogo / spotka ona / z kim śpi moja była żona. Bez odpowiedniego bitu teksty okazują się jednak raczej smętne i przeliryzowane (rekord pod tym względem stanowi chyba wers dwa w tańcu motyle o różowych skrzydłach z lukrowego mydła) albo po prostu dziko pretensjonalne (grałem pochmurne melodie // - połamany klawikord parzył palce). I, jak to zwykle bywa w oparach podobnego natchnienia, trudno się przy tej poetyce ustrzec kiksów, takich jak powołanie do życia nowej odmiany ssaków opierzonych. Poucza o tym nastrojowa wyliczanka skierowana do ukochanej kobiety: płatek śniegu kocie pióro czeska mapa. Trochę mniej nastrojowy, lecz równie groteskowy jest taki oto pomysł na aranżację wnętrza: łopatka mojej córki wbita w piasek małej piaskownicy / w zapomnianym domu.
Z tytułu jednoznacznie wynika, że w książce musi być jeszcze o podróżach. I jest. Autor, przyznaje się, że widział na przykład, jak na ciepłym oddechu pustyni stał pokłon wzgórz cichych / i w lód otulonych jak pancerz, który to fragment miał być pewnie jakąś orientalną stylizacją, lecz i w tej funkcji chyba nieszczególnie się sprawdza. Zresztą w większości przypadków odwiedzana okolica stanowi jedynie tło dla kolejnej historii miłosnej przydaje jej lokalnego kolorytu, a także, zależnie od nastroju kochanków, gada lub milczy. Dekoracyjność, a zatem zbędność tych wszystkich zewnętrznych okoliczności najlepiej pokazuje fragment: kiedyś zamieszkamy w dziwacznym ogrodzie / ja Kolec Akantu / ty Słońce Toskanii.
Do dekoracyjnych stylizacji dobrze pasują rymy. W dużych ilościach dostarcza ich Krzysztof Ćwikliński w tomiku Książę poetów żegna ukochane miasto. Pierwsze wrażenie mówi o dobrze wykonanej robocie, jednakże chwilę potem pojawiają się rysy: nieco zbyt dużo powtórzeń, okazjonalnie zaburzający tok wiersza rym wewnętrzny, nieznaczne rzemieślnicze uchybienia. W wierszach jest trochę rozwodnionego Leśmiana, trochę Rymkiewicza, odrobina z nazwiska wspomnianego Lieberta, nieco użytego w motcie Lechonia - najwięcej jednak, niestety, Ćwiklińskiego. Tego ostatniego definiuję roboczo jako autora nurzającego się w niedookreślonych, a przez to pewnie znaczących zaimkach. Próbka (przydługa, bo całej strofy trzeba, aby ukazać kunszt rymotwórczy): To jest dobrze ukryte. Niełatwo to znaleźć, / Ale jest. Jest na pewno. Choć brakuje słów, / By to nazwać, nie znaczy, że go nie ma wcale. / Znaczy, że nie ma nazwy. Lecz nie jest ze snu. Podobnych niekonkretności można znaleźć więcej. Oto na przykład fragment o oznaczanej inicjałem kobiecie: Spogląda z fotografii, która nie istnieje / na mnie, którego nie ma. Kocha mnie miłością / której nigdy nie było.
Oczywiście w posłowiu - a tomik, zgodnie z bezlitosnymi dla czytelnika prawami serii, zawiera takowe, w dodatku umocowane na nader wysokim diapazonie - to niedookreślenie zostaje zmyślnie pochwalone słowami Jest to jednak klasycyzm metafizyczny, jak gdyby wszystkie inne były fizyczne zaledwie. Grzebiący w kocich truchełkach Rymkiewicz, Herbert nieładnie umazany płynami ustrojowymi ciekącymi z Marsjasza, lubieżny Kawafis - wszyscy o piętro niżej od nieupapranego niczym Ćwiklińskiego! Oj, nie spisał się autor tego sloganu (Piotr Michałowski), nie zachował klasycznej powściągliwości w pochwałach.
Żeby jednak nasz autor w pełni zasłużył na obecność w gronie, z powodu twórczości którego niebo przewraca się w grobie, konieczny jest jeszcze fragment z udziałem dowolnego bytu skrzydlatego. Może ten, dodatkowo upstrzony wewnętrznym rymem? Może to błysk jest, może to jest chwila / Może dźwięk, słowo...Może to jest gest / Jak cień motyla, co skrzydłem rozchyla / To, czego nie ma i co nagle... jest. Kwalifikuje się jak najbardziej, pomimo wykonawstwa i samoświadomości (autor literaturoznawcą jest).
Prawdziwa katastrofa dopiero przed nami. Z tego samego wydawnictwa pochodzi Fotoalbum. Jego autorem jest Tomasz Majzel, którego żadną miarą nie należy mylić z Bartłomiejem. Jeśli wierzyć posłowiu, to ich nazwiska odmieniają się inaczej: Bartłomiejem Majzlem, ale Tomaszem Majzelem. Posłowie, co dość przykre, pisał znowu Piotrowski, który tym razem zastosował ambitne porównanie z późnym Krynickim (z okresu poetyckiego milczenia i weryfikacji własnego dorobku) oraz przypisał Majzelowi wiarę w jakąś metafizyczno-awangardową utopię. Tymczasem frazy w rodzaju Śnieg / białe łóżka pamięci w których drzemię // i obłoki / Jakby niebo zstąpiło na ziemię albo Powietrze rozrzuca wszędzie słoneczne / zajączki które zapisują tylko // niektóre z chwil mają raczej charakter słodko-sentymentalno-błękitny, więc bliski dominancie tego odcinka, niż awangardowy. Co zaś się tyczy metafizyki, to hmm można do niej zaliczyć odkrycie, że Wszystko to jest i nie, odniesione do wspomnień, historii i generalnie wszelkiej zaprzeszłej gestykulacji. Metafizyczne mogłoby być jeszcze sformułowanie nic bardziej trwałego - / czas. Obydwa przykłady wolałbym jednak sklasyfikować jako zdania nieudane, nie zaś metafizyczne.
W spisie treści zwraca uwagę tendencja do pisania wierszy numerowanych pod tytułami takimi jak Spacer, Ławka, Dom czy Okno. Ławka staje się miejscem refleksji typu normalność jest stanem dostrzeżenia / stanem bezgranicznej odrębności // bytu, w trakcie spaceru można zauważyć, iż Domy kładą się cieniem / podobnie jak lampy samochody i ludzie, a na końcu większości wierszy zwykle znajduje się jednowyrazowa puenta. Wśród dostępnych sposobów zniechęcenia czytelnika do lektury istnieje również taki, by zdradzić zakończenie, co niniejszym uczynię seryjnie. Pesymizmu, porozumienia, nic, nocą, zapomnienia, nagle, wewnątrz, twarzy, patrzeć, cały, czas. Naprawdę chcecie czytać wiersze, które się tak kończą?
Przysłano nam aż dwie książki autorstwa Jacka Wardy, który skądinąd na okładce jednej z nich, zatytułowanej Nieodwracalność, zadeklarował: Piszę wiersze bardzo długo i bardzo powoli. Mamy więc do czynienia, jak podpowiada jeden z podtytułów, z wierszami powstającymi przez niezły kawał czasu, bo przez aż 9 lat. Opatruje on tomik Nieodwracalność, od którego zacznę wyzłośliwianie się, niezbędne w tym wypadku dla zachowania higieny psychicznej. Bo znowu mamy do czynienia z poezją, przed którą należy siebie i innych czytelników bronić.
Główny powód przedstawia się następująco. Jeśli poetę stać na spostrzeżenie bo anioł ma aureolę / zamiast mózgu, wówczas powinien on umieć unikać fraz zanadto anielskich w rodzaju Drodzy umarli / kochani umarli / nieustające motyle albo parokrotnie powtórzonej frazy dotyczącej - nie zgadlibyście - niewysłanych listów miłosnych: są zupełnie zielone / jak niedojrzały agrest / przyłożone do ucha / szumią jak muszla.
Warda niekiedy odwołuje się w wierszach do terminologii nauk ścisłych - z tyłu okładki twierdzi, że wiersze są mikro-syntezami, a wewnątrz co i rusz stara się coś zdefiniować. W wersji soft, której nie można rozliczać z precyzji, skutkuje to definicyjnymi odkryciami w rodzaju Szyszka pachnie - / obietnicą bursztynu / mrówczym potem / drewnianymi kwiatami. Wersja hard prezentuje się natomiast tak: sama miłość / jest pojęciem niedefiniowalnym / jak punkt prosta / strzałka czasu. Niestety Wikipedia odpowiada na to: Istnieją jednak przestrzenie matematyczne, w którym punkt może zostać zdefiniowany. Powołuje się przy tym na zwykłą przestrzeń euklidesową z nałożonym na nią kartezjańskim układem współrzędnych, w której punkt określa się za pomocą paru liczb wskazujących jego lokalizację (taka ich para, triada czy cokolwiek nazywa się nader ładnie "krotką"). Ot, szkolna matematyka na poziomie wykresu byle funkcji liniowej. Dalszych badań nad niedefiniowalnością nie prowadziłem, zniesmaczony.
Nawiązywanie do języka nauki przejawia się także i tym, że autor usilnie stara się przełożyć duchowość na materię (wasze dusze uległy destylacji) albo napisać Przyczynek do fantomologii, czyli wiedzy o odjętych kończynach i bytach kalekich. W ramach powtórek - zastanawiających u kogoś, kto miał tak dużo czasu na przygotowanie książki - pojawia się jeszcze groteskowo sucha fraza skutki przyczyn. W zamierzeniu zapewne miało to wszystko doprowadzić do osiągnięcia Różewiczowskiego czy Herbertowskiego chłodu (fragment trudno jest opisać puste miejsce / brak mu znaków szczególnych wygląda mi na rozwodnioną wersję frazy piękny jest przedmiot / którego nie ma). W realizacji wyszło tak, jak widać.
Teraz o drugiej książce: Otwieranie Zamykanie potwierdza zarówno nawiązania Herbertowskie (kołacze już tam suchy poemat moralisty), chęć dokonywania odkryć naukowych (Zbadałem dokładnie twoją skórę - jest szczelna / dokładnie przylega do ciała), jak i ogólną niesprawność obrazowania (zdyszana pompa serca). Pewną różnicę stanowi natomiast wprowadzenie do wierszy nieco większej dawki konkretu (Przedwiośnie jest wyposzczone jak resztki ziemniaków i cebuli albo wiersz pod tytułem Kropla, całkiem zręcznie opisujący dwuosobową a męczącą podróż) i pewna ilość prozy nie całkiem poetyckiej (np. tekst o ewolucyjnym pochodzeniu kobiecych piersi, zatytułowany Miękkościany foremne). To by od biedy jeszcze można policzyć na plus - mały, bo i dopasowany rozmiarem do tej poezji. Po co jednak na przykład dekoracyjne koncepty w stylu wierszy o cyfrach (trójce i ósemce) albo kończąca książkę rymowana Piosenka (obok drogi - ziemniaki / rzędem rzędami - żołdaki / otaczają krzaki jeżyny / w jeżynach śpią pajęczyny)? Przepraszam, ale takie linijki można doklejać bez większej troski o sens, np. a obok znajdują się szyny i jedziesz na poprawiny do jakiejś strasznej meliny gdzie same brzydkie dziewczyny Dość o tych wierszach.
I jeszcze jedno. Nieodwracalność została wydana w roku 2005, a Otwieranie zamykanie w 2006, tak więc książki peregrynowały do "Lampy" dość długo. Mówi się wprawdzie, że dobrej poezji czas nie szkodzi - ta zła zabiera jednak czas na sensowniejsze projekty lekturowe.
W tym odcinku ich rolę (wahałem się, czy nie dopisać "w zastępstwie" - ale jednak nie) może przynajmniej wstępnie odegrać Largo Izabeli Kawczyńskiej, którego druk stanowił nagrodę w IV Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Kazimierza Ratonia. Co prawda nuży tu trochę powtarzalna składnia (zazwyczaj po trzech-czterech słowach autorka stawia mocne, wymagające dłuższej pauzy znaki przestankowe), ale ten drobny defekt wynagrodzony jest przez niebagatelną intensywność obrazowania. Zdaje się, że autorka posiadłą trudną sztukę unikania przesady w ekspresji, skoro dobrze radzi sobie z frazami znajdującymi się właściwie na granicy mojej prywatnej czytelniczej akceptacji Uczę się mówić z grudą gliny w ustach. / Hymn. Dziękczynienie. Śpiew boli bardziej albo Ucisk w piersiach męczy jak bagaż albo jeszcze Owady spalały się w powietrzu, kiedy twoje ciało / nasiąkało barwą. Zdarzają się oczywiście i kiksy (Słowa / dźwigają woń potu i krwi. Tynk. Spękane / wargi. Sufit brzemienny od pleśni) - ale te są wliczone w koszta wyboru takiej poetyki, a wobec fragmentów bardziej udanych można je jakoś zaakceptować i przełknąć.
Problem z tą książką jest inny. Przy jakości roboty poetyckiej znacznie wyższej niż niewesoła średnia niniejszego odcinka ciągle nie można stwierdzić, czy powstanie tych wierszy miało cel jakikolwiek poza nastrojowym. Nieco za dużo tu klimatu i abstrakcji, nieco za mało natomiast dającej się zdefiniować treści, za mało nazywania. W abstrakcji tonie na przykład fraza taka, jak Wojna zrobiła swoje. Przyszła i stała się / prawem. Nie umieliśmy nic więcej, niż tężeć / truchleć i biec. Troszeczkę lepiej jest z obrazami o proweniencji myśliwskiej, ale i tak całość grzęźnie we wrażeniu jakiegoś niedookreślonego, nocnego przeważnie rytuału. Rytuały zaś lepiej chyba przeżywać niż opisywać.
Istnieją jednak tomiki, w przypadku których sama energia tekstu jest tak silna, że podobne apele o mniejszą mgławicowość jakoś nie cisną się na usta, pomimo że mamy do czynienia z utworami naprawdę nieźle zakręconymi (co oczywiście nie oznacza, że wewnątrz tej spirali musi rozpościerać się pustka, a tylko tyle, że najpierw patrzymy na jej geometrię). W ten sposób można potraktować Dwa fiaty Justyny Bargielskiej, gdzie na skrzydełku okładki Miłosz Biedrzycki od razu zapowiada pewną dawkę ezoteryki, czytając fiat z łacińska: Niech się stanie.
Dalej zaś stają się różne rzeczy, czasami zupełnie abstrakcyjne (Sąsiedzi nie mając nikogo nawzajem / wzywają policję do wyjącego wiatru a zaraz potem, bez wyraźnego związku A kiedyś szłam latem po zwiniętych torach), czasem zaś na poziomie obserwacyjnego konkretu: Starsza kobieta / wiodła za sobą okazałą downicę: córciu, córciu, / gdy umrę, co się z tobą stanie. W ogóle gdyby jakość poezji mierzyć skalą głosu, liczbą dostępnych sposobów ekspresji, to taki ranking wyniósłby Bargielską całkiem wysoko. Bo oto zaraz po zacytowanych słowach występuje zmyślnie przebrana refleksja społeczna: A ja nie mogłam ci / starsza obiecać kobieto, że jej nie zjemy, niedokładnie znam zwyczaje / mojego gatunku - rzecz jest zatem poniekąd o dzikich, pośród których się poruszamy, czy o dzikości w ogóle, albo konkretnie o tej, do której pobudza zetknięcie się z innym (tu: z chorym). A potem znów zoom na nieszkodliwe, acz dziwne zwyczaje plemienne: skrajem parku szedł mężczyzna w brązowej marynarce, / niósł piłkarzyki główkami do dołu.
Chętnie przytoczyłbym jeszcze kilka efektownych ekspresji (fiat, niech będzie: Z ulicy przez okno widzę, jak mama stoi przy zlewie / w płonącym domu, sama płonąc od dobrej chwili, / niedużo z niej zostało, właściwie sam profil), ale obiecywałem przecież, że będzie o treści. Po pierwsze polsko-łacińskie fiat nie myli, zapowiadając jakieś sperwertowane aluzje do języka poezji metafizycznej (a terminu używam z całą świadomością teoretycznego nadbagażu, obiecując sobie napisać o tym szerzej). Najprostsza byłaby ta: Śmierci, niewymawialska, niedotykalska panno. / Gdzież jest twoje zwycięstwo? Sama ci pokażę. Warto stąd zapamiętać skojarzenie śmierć a dotyk, na które znalazłbym jeszcze więcej cytatowych papierów.
Z cech charakterystycznych poezji Bargielskiej odnotować warto również tendencję - trudną do przedstawienia na poziomie przykładów, bo tu by trzeba posługiwać się całościami - do pisania wierszy przypominających przypowieści. Cechy szczególne: nagromadzenie szczegółów, temat relacji międzyludzkich, kontrolowana naiwność, a także puenta sytuująca się gdzieś poza opowiadaną historią. Jeden z nich nosi nawet tytuł Minimidrasz o chłopcu i śrubce. Inny opowiada o policjantach (konnych) żywo komentujących miejsce na powierzchni jeziora, na które wszechobecny deszcz jakimś cudem nie pada: mógł być to też ośrodek podmieniania w łonie / lub centralny zegar czasu, w ogóle straszna sprawa.
Na koniec sprawa też potencjalnie straszna, ale być może najciekawsza: wiersze o dziecku, czy raczej z dzieckiem. Trudne do zdefiniowania, bo ani to kinderyzm, ani też nastrojowe szeptanie do. Już prędzej widziałbym tu odniesienie się do motywu, powiedzmy, Urszulki Kochanowskiej (na której istnienie, jak to czasem powtarza Maria Cyranowicz, nie mamy żadnych dowodów archeologicznych, żadnych nagrobków, niczego). Bo w odniesieniu do dziecka pojawiają się zdania, które można, choć się nie musi, czytać z przywołanej tu już perspektywy dotyku i śmierci (bo śniło jej się, że trzyma mnie na rękach / i pyta, czy mnie widzicie, a wy mnie nie widzicie albo jeszcze Mieliśmy dzieci, ale to nie były dzieci, to były buty na dzień. / Nie zostawiam was, buty, tylko idę przodem albo następująca mroczna apostrofa: Wierszu, powiedz coś, / powiedz ile mam dzieci, które rzuca / głębszy cień i jak długo będę z tym żyła). Plus jeszcze koncept z trumną przekazywaną drogą lotniczą (opóźnienie mogło być spowodowane pogodą / i żebym napisała w przyszłą środę / czy chcę reklamować, czy inne zwłoki w zamian).
I wiecie, samo byłoby to pewnie nieznośne - gdyby nie wzmiankowana wcześniej skala głosu, gdyby nie chłód i energia widoczne choćby we frazie o butach, gdyby po prostu nie dobra poezja, która nie lata pomiędzy lukrowanymi chmurkami.
Krzysztof Świerkosz Obieżyświat Liberum Arbitrium, Tuchowa 2009.
Krzysztof Ćwikliński książę poetów żegna ukochane miasto Wydawnictwo Forma, Stowarzyszenie OFFicyna, Szczecin, Bezrzecze 2009.
Tomasz Majzel fotoalbum Wydawnictwo Forma, Stowarzyszenie OFFicyna, Szczecin, Bezrzecze 2009.
Jacek Warda Nieodwracalność. Wiersze z lat 1995-2004 Wydawnictwo "Zielone Brygady", Kraków 2005.
Jacek Warda Otwieranie Zamykanie Polihymnia, Lublin 2006.
Izabela Kawczyńska Largo Biblioteka Galerii Literackiej MBWA Olkusz, Biblioteka FRAZY, Olkusz 2009.
Justyna Bargielska Dwa fiaty Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2009.
Paweł KOZIOŁ
Optymista -- Monday, March 15 2010, 01:07 pm
Jak widać autor recenzji jest zwolennikiem tekstów smutnych i ponurych, koniecznie ze zwłokami, śmiercią, cieniem i wspomnieniami po nieobecnych. Ma do tego prawo jak najbardziej, ale niech nie przekreśla tych, które prezentują radośniejszą, najwyraźniej zupełnie obcą mu stronę życia :-). Mnie akurat cieszy, że nie wszyscy dają połknąć pseudofilozoficznej degrengoladzie i powstają teksty pełne kolorowych układanek. De gustibus contra non est disputandum...
Skończmy z grafomanią -- Thursday, April 1 2010, 02:29 pm
Liryczna propozycja Pana Ćwiklińskiego, którego bohater już dawno powinien opuścić te i inne miasta, to przykład najgorszego wstecznictwa poetyckiego jaki ostatnio widziałem. Te rymy są tak banalne, że strach. A pomiędzy nimi nie ma nic. Panie Ćwikliński skończ Waść wstydu sobie oszczędź, niech \"książę poetów wreszcie się wyprowadzi\".
karkaz -- Saturday, May 22 2010, 07:48 pm
Wśród recenzentów też są różni dewianci i oceniają innych poprzez te ich dewiacje. Jeśli utwory jakichś poetów , czy wierszokletów pasują do ich postrzegania i przeżywania świata - to jest to dobra, lub bardzo dobra poezja - jeśli nie, to jest to dno, przeżytek, nieudacznictwo itp. Były już takie \"autorytety\" z tzw. \"najwyższych półek\" - i pospadały razem z gloryfikowanymi przez nich utworami i autorami. Na szczęście, dziś coraz więcej czytelników kieruje się własnym rozumem i wrażliwością i nie pozwala sobie narzucać cudzych, często zboczonych, lub zbyt \"poprawnych i modnych\" poglądów._ Ale, jeśli ktoś woli zbierać wrażenia chodząc po śmietnikach niż po kwietnych łąkach - jego wybór i jego rozkosze.
Katarzyna -- Sunday, August 29 2010, 06:23 pm
Zastanawia mnie jedynie, jak to możliwe, iż - będąc zapewne nieomylnym w swych sądach - mógł Pan pomylić się i z prof. Piotra Michałowskiego uczynić \"znowu Piotrowskiego\"?
Drobna rada na przyszłość. Mniej ironii, więcej rzetelności.