Z Grzegorzem Kaźmierczakiem, liderem zespołu Varieté rozmawia Rafał Skonieczny

Lubię pustkę, lubię, kiedy nie widać lądu...

RAFAŁ SKONIECZNY: Kto jest autorem okładki Piosenek kolonistów?

GRZEGORZ KAŹMIERCZAK: - Ja. Zdjęcia zrobiłem na plaży w Jelitkowie.

Szkoda, że się nie pochwaliłeś we wkładce.

- Jestem tam podany jako autor tekstów, jako realizator dźwięku, jeszcze jako autor okładki, to by było za dużo.

Jesteś ostatnio częstym bywalcem wybrzeża. Na poprzedniej płycie gloryfikowałeś przestworza, teraz przerzucasz się na morze?

- Dorastałem w kinie i nad jeziorem, nie chodziłem do przedszkola, wychowywała mnie ciotka, która była kierowniczką kina Młodość na bydgoskich Kapuściskach. To były czasy seansów dla szkół, więc codziennie przed południem były co najmniej dwa. Krzyżaków, Popioły, Opowieść o prawdziwym człowieku, Potop itp., znam na pamięć. Oglądałem je codziennie przez lata, kiedy znudziło mi się siedzenie na sali, wchodziłem do pomieszczenia za ekranem i czytałem odwrócone napisy. Znałem wszystkie zakątki tego kina. A patent żeglarza zrobiłem w wieku 16 lat, od tamtej pory żegluję; po Bałtyku na przykład.

W „Newsweeku” Piotr Bratkowski cytuje, że najbardziej interesują cię puste przestrzenie. Przypomina mi się Stasiuk z jego fascynacją rozpadem, miejscami zapomnianymi przez świat. Co jest takiego w pustce, że ciągle do niej wracasz?

- Lubię puste miejsca, ośrodki wczasowe po sezonie; sale po imprezach, sprzątane nad ranem; puste po horyzont plaże, no i morze. Kiedy po dwóch dniach rejsu nie widzę lądu, sprawy układają się w głowie we właściwej kolejności.

Kiedy rozmawialiśmy parę miesięcy temu, mówiłeś, że nowa płyta będzie się nazywała Nie wiem…

- To jest też bardzo dobry tytuł, prawda?

Ale nikt tak przecież nie tytułuje swoich albumów.

- Wiesz co, ja bym nie chciał nawet specjalnie o tym mówić, bo to dobry tytuł na kolejną płytę. Chociaż właśnie teraz go spaliliśmy (śmiech). A jeśli chodzi o Piosenki kolonistów, to lubię ten dualizm odkrycia i sytuacji inicjalnej. Zarówno koloniści – kolonizatorzy, jak i uczestnicy kolonii mogliby zrobić taki napis na brzegu morza.

Dobrze oddaje ducha tej płyty, dodatkowo łączy się z poprzednim albumem. Nie wiem, czy nawet lepiej do niego nie pasuje, bo już tam silnie obecny był ten wątek eksploracji nowego terenu.

- Nie zgodzę się z tobą. Nie bez przyczyny tytuł poprzedniej płyty to Zapach wyjścia. Wyjeżdżając wtedy z Polski, miałem poczucie, że niewiele jest już w stanie się zmienić, że nadchodzi taki czas, kiedy wszystko jest już ustalone. Wówczas wyjechaliśmy do Stanów i poczuliśmy, że można jeszcze i tak. Dlatego Zapach wyjścia, bo poczuliśmy, że jest jeszcze alternatywa dla życia, że można wyjechać do kraju, który wywraca o 180 stopni wszystko. Jak się wyjeżdża do Stanów, wszystko się zmienia, jakby się zaczynało nowe życie. Jest taki ukraiński poeta Wasyl Machno, który kiedy pojechał do Nowego Jorku powiedział, że nagle poczuł się jak dwudziestolatek, który wchodzi na nowo w życie. Coś takiego Nowy Jork robi, że wszystko jest od nowa.

To nie lepiej było zostać?

- Wiesz co, sprawy najzwyczajniej w świecie formalne zdecydowały o tym. Byliśmy na tak zwanej wizie pracowniczej, która przyznawana jest zazwyczaj na pół roku i pozwalała nam legalnie grać koncerty i tak dalej. No i po pół roku z dokładnością co do jednego dnia, wyjechaliśmy. Teraz znowu mam wizę, tym razem na dziesięć lat, sama świadomość tego, że w każdej chwili mogę tam jechać, jest odświeżająca. Tramwaj spod mojego domu jedzie na Okęcie piętnaście minut. Na miejscu mam bliskiego przyjaciela – byłego menedżera Variété, więc ta sytuacja jest bardzo otwarta.

Ale pomijając sprawy formalne, nie miałeś pokusy, żeby po prostu nie wrócić?

- Tak. Zresztą dużo o tym mówiłem, nie chciałbym się powtarzać. Ale będąc na przykład w Londynie, Paryżu, czy innych dużych miastach europejskich, czujesz się mimo wszystko jak ktoś z zewnątrz. A Nowy Jork ma taką specyfikę, że po dwóch tygodniach czujesz się tam u siebie.

Pytam o wyjazdy, bo przy okazji ponownego czytania wszystkich twoich tekstów na potrzeby wyboru, który przygotowujemy, uderzyło mnie, że już we wczesnych kawałkach czuć piętno wyobcowania, wygnania, jakby ich bohater nawet w kraju czuł się jak na emigracji.

- Nie no, bez przesady, jestem Polakiem, jestem w Polsce, jestem u siebie. Natomiast myślę, że będąc artystą, siłą rzeczy skazujesz się na taki offside, polegający na tym, że trudno tobie, o ile posiadasz jakiś poziom samoświadomości, podążać z tłumem, żyć tymi wszystkimi sprawami, które są ci proponowane poprzez telewizję, radio i tak dalej. Pisząc stawiasz się w trochę innej sytuacji. Nawet nie to, że ty sobie wymyślasz, że tak właśnie ma być, tylko tak się po prostu dzieje.

I tu jest dysonans, bo z jednej strony o bohaterze twoich wierszy powiedziałbym jako o kimś, kto pielęgnuje swoją samotność, a z drugiej – jako kimś, kogo ciągnie do centrum, do wydarzeń i ludzi. Nawet w przełożeniu na twoją sytuację życiową ta dychotomia rzuca się w oczy. Długo żyłeś w Bydgoszczy, którą na potrzeby tego wywiadu określiłbym jako peryferia, a od kilku już lat żyjesz w Warszawie i tę Warszawę chwalisz.

- Są to raczej sytuacje osobowościowe. Ja jestem człowiekiem akcji, wolę, jak się dzieje, niż jak się nie dzieje. Różnica między Bydgoszczą a Warszawą jest taka, że w Bydgoszczy miałem pogłębiające się i przygnębiające uczucie, że życie płynie gdzie indziej, że jestem obok, na peryferiach i, wiesz, muszę sam wypracowywać jakieś sytuacje, żeby w ogóle coś istotnego się działo. Natomiast Warszawa jest takim miejscem, że jesteś w tym nurcie i jak chcesz, w każdej chwili możesz w niego wejść, a jak masz dosyć – a zazwyczaj masz dosyć, co jest paradoksalne – to chowasz się do mieszkanka. Ale jak tylko z niego wychodzisz, podejmujesz jakąś akcję, to natychmiast coś się wydarza. Jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne, artystyczne, to tam się wszystko dzieje. Przynajmniej ten pion decyzyjny tam jest.

I co, korzystasz z tego dobrodziejstwa?

- Wiesz co, po sześciu latach już się do tego dystansuję. Wolę jednak uciekać od tego, chować do mieszkania.

Pamiętam, jak przy okazji nagrywania płyty w Hotelu Kosmos, oprowadzałeś nas po Bydgoszczy, pokazując miejsca szczególne, takie jak np. Wyspa Młyńska, gdzie nota bene dostaliśmy mandat za picie. Co prawda nie załapałem się na koncerty Variété jarocińskiego, ale doskonale pamiętam z nagrań aplauz publiczności, kiedy zaczynacie grać Bydgoszcz. Ja – siłą rzeczy – patrzę na to miasto przez pryzmat Variété, bo zanim odnalazłem je na mapie, znałem już was. Zgodzisz się, że Bydgoszcz generuje specjalny rodzaj energii, niespotykany gdzie indziej, który słychać w muzyce choćby 3moonboys, czy ostatnio szeroko komentowanej Starej Rzeki?

- Bydgoszcz jest specyficzna, to miasto poprzemysłowe, niespełnione. Ósme co do wielkości polskie miasto, a jakby ciągle na uboczu. Takie miejsca wytwarzają – powiedziałbym – endemiczną energię. Pełno tu tęsknoty za wielkim światem, pragnienia zmiany swojego życia, ale też i niespełnienia. Idealne miejsce do powstawania bardzo indywidualnych rzeczy. Grałem z muzykami z innych miast, ale faktycznie jest pewien rodzaj feelingu charakterystyczny tylko dla Bydgoszczy. Ten pewien rodzaj przesunięcia powoduje, że ta muzyka inaczej oddycha.

No i też wygenerowała taką sytuację, że Variété to obecnie trzech poetów. Rozmawiacie o tekstach? Dopuszczasz Marka i Marcina do głosu w tej materii?

- Dla mnie nie jest ważne, kto jest autorem tekstu, jeśli tekst mnie uwiedzie. Fajne jest to, że Marek i Marcin poprzez to, że sami piszą, słuchają, o czym śpiewam i zazwyczaj mówią, że jest ok. To dobra sytuacja, kiedy w zespole nie tylko ty przywiązujesz wagę do tekstu.

Zostawmy na chwilę Bydgoszcz i Warszawę, bo po drodze był też epizod poznański. Nie jest to chyba powszechnie znany fakt, ale w latach 90. byłeś związany z „Nowym Nurtem”. Możesz przybliżyć okoliczności twojej obecności w Poznaniu i kontaktów z jednym z najbardziej wpływowych środowisk literackich tamtych lat?

- Mieszkałem wówczas w Poznaniu na Osiedlu Lecha, w bloku „pod zegarem”. Poznałem Darka Sośnickiego i Mariusza Grzebalskiego, którzy prowadzili „Nowy Nurt”. To był gorący czas, dużo pracy i imprez, pismo było dwutygodnikiem, co jest ewenementem, jeśli chodzi o pisma literackie. Od czasu do czasu podrzucałem im jakiś tekst. Na przykład za ich inspiracją przeprowadziłem pierwszy duży wywiad z Maćkiem Maleńczukiem, wówczas jeszcze aspirującym artystą scen [śmiech]. Generalnie spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i to były bardzo inspirujące chwile.

Czy tutaj powinno się doszukiwać okoliczności pojawienia się twojego pierwszego tomiku Głód i przesyt? Czy być może traktujesz książki jako efekt uboczny swojej muzycznej aktywności?

- Kiedy zacząłem pisać jako nastolatek, chodziłem pasjami na spotkania literackie, wieczorki autorskie. Pamiętam ten moment, kiedy poczułem, że ten rytuał prezentacji poezji jest martwy, wiersze czytane przez aktorów (okropne), banalne pytania z sali, podniosło-słodka atmosfera, przerywnik muzyczny itd. – to było zupełnie nie to. Wtedy postanowiłem śpiewać swoje teksty. I od tego czasu właściwie pozostaję temu wierny. Jednak teksty są zawsze pierwsze. Jestem typem notesowca, mam całe kartony datowanych notesów – kiedy kończę jeden, zaczynam następny. Kiedy nagrywamy płytę, sięgam do nich, szczególnie tych ostatnich. A kiedy nazbiera się tyle tekstów, że można wydać tomik, a nie zmieściły się na płycie, to je wydaje.

Musisz w takim razie dokonywać jakiejś drakońskiej selekcji. Nie miałeś ochoty w czasach „nowo-nurtowych" poświęcić więcej uwagi publikacjom papierowym? Bardziej zaznaczyć swoją obecność na kartach historii literatury?

- Wydaje mi się, że wydanie dobrej płyty jest gestem bardziej totalnym niż wydanie dobrego tomiku wierszy. Poza tym przynosi większą satysfakcję. Tak, stosunkowo dużo piszę, ale pewnie ponad dziewięćdziesiąt procent nigdy nie wydostaje się z notesu. W pisaniu kluczowe jest dla mnie jedno: tylko te teksty, które są efektem jakiejś iluminacji, jedności ze wszystkim, poczucia, że choć na chwilę wszystkie linie tego świata przechodzą przez ciebie, niezwykłości istnienia etc., są dla mnie ważne. Objawiają mi to, co normalnie jest niedostępne. Staram się prowokować takie momenty. Wiem, że – przynajmniej dla mnie – istotne jest nieustanne przeżywanie wciąż nowych sytuacji, ładowanie zmysłów wciąż na nowo, a więc zmieniam mieszkania, miasta, ciągle jestem w jakiejś podróży, no i piszę, bo przecież nie wiadomo kiedy taki moment nastąpi.

Dużo się dzieje ostatnimi czasy wokół Grzegorza Kaźmierczaka. Ukazała się nowa płyta Variété, wcześniej swoją premierę miał film dokumentalny o zespole, a w planach jest jeszcze monografia wam poświęcona, napisana przez Dawida Majera. Możemy chyba zdradzić, że w tym roku ukaże się też duży wybór twoich wierszy, który wspólnie przygotowujemy. Brzmi trochę jak czas podsumowań. Nawet w recenzjach Piosenek kolonistów nieodzownie pojawia się hasło „legenda”. Czujesz na karku tę legendę?

- Myślę, że jest to bardziej chwytliwy zabieg, który w jakiś sposób zwalnia piszących o tym dziennikarzy od tego, żeby dokonać jakieś głębszej analizy. Jeżeli w jednym zdaniu można zawrzeć całość, to po co się męczyć. Pisanie o legendzie zwaliłbym na karb lenistwa ludzi, którzy o tym piszą. Poza tym jakie to ma znaczenie, kiedy siadasz przed czystą kartką, jesteś zawsze pełnym niepokoju debiutantem. Nie ma znaczenia cokolwiek, co napisałeś kiedyś. Jesteś tylko ty i pusta kartka, którą trzeba zapełnić. A jeszcze lepiej kiedy ciebie nie ma, pozwalasz sobie tylko na nieskromne poczucie, że jesteś tylko narzędziem, że dajesz się prowadzić.

Nie czujesz więc, że stawia się symboliczną cezurę między tym, co było kiedyś, a co się dzieje teraz z tobą i Variété?

- Co musiałoby się zdarzyć, żebym mógł tę cezurę postawić? Wiesz, tak jak graliśmy kiedyś, gramy i teraz. Zmieniają się sytuacje, zmieniają się ustroje, zmienia się marka instrumentów, zmienia się wyposażenie klubów, odbiorcy stają się coraz młodsi, ale jak wchodzimy do sali prób i gramy piosenki, to nic się nie zmienia.

Faktycznie czujesz obecność tych młodych odbiorców?

- Na naszych koncertach większość to młodzi ludzie.

Ciągle jednak ciągnie się za tobą ogon „zimnej fali”, ta wielokrotnie artykułowana tęsknota za „starym” Variété. Jak myślisz, skąd ona wynika?

- Mój Boże, przecież jeżeli ktoś woli Variété z pierwszych płyt, to niech ich słucha, jeśli woli ostatnie, to niech sięgnie po nie. Nie mam żadnego obowiązku trwać przy czymkolwiek. Sztuka to wolność, przede wszystkim wolność intelektualna. W tym świecie, w którym coraz mniej jest miejsc prawdziwej swobody, kiedy we wszystkie dziedziny życia wciskają się przepisy i wszędzie czuć obecność nieuchwytnego ducha systemu, to jest jedyne miejsce, gdzie nic mnie nie ogranicza. Jedyną powinnością jest tu – że pozwolę sobie na chwilę patosu – bycie wiernym sobie.

A jakbyś się odniósł do twierdzenia, że prawdziwie wartościowe rzeczy miały prawo powstać tylko w czasach kryzysu, w czasach np. stanu wojennego, permanentnego ucisku, a teraz, kiedy mamy względny dobrobyt i tak zwaną wolność, nic wartościowego nie powstaje?

- Mam taką teorię, że tak jak komuna starała się wyplenić z ludzi duchowość, tak samo konsumpcjonizm stara się wyplenić z ludzi duchowość. Można przyjąć, że rolą artysty jest tę duchowość przywracać. Tak było wtedy, tak jest i teraz. Nic nie powstaje w próżni, ale trudno naprawdę warunkami tłumaczyć to, że nic wartościowego nie powstaje.

WIĘCEJ W PAPIEROWEJ LAMPIE