Będzie jeszcze mówić przez proroków?

O poezji smoleńskiej po śmierci poezji

Michał Tabaczyński

Poezja w całym systemie współczesnej literatury jest niszą nisz. W obliczu upadku czytelnictwa, jaki dotyczy (i dotyka) rynku literackiego, trudno nawet mówić o upadku czytelnictwa poezji. Ono, to czytelnictwo poezji, a szczególnie przecież: poezji współczesnej, właściwie wcale nie istnieje. I nie chodzi tylko o samą statystykę czytelnictwa, którą można by uznać za wskaźnik wyjątkowo nieadekwatny (cóż bowiem tych kilka suchych liczb mówi o tej czystej, stężonej metafizyce zachwytu?). Jednak kilka innych wskaźników, które razem mają walor istotności (obecność poezji współczesnych w mediach wysokonakładowych, liczba recenzji książek poetyckich w tygodnikach opinii, obecność poezji współczesnej w programach nauczania), dowodzi tego samego. Poezja nowoczesna, gdy idzie o jej istnienie społeczne, nie istnieje. I będzie nadal nie istnieć, będzie nie istnieć coraz bardziej. Aż do kresu?

Do tego kryzysu przyczynił się – taki to paradoks – gwałtowny rozwój poezji współczesnej. A dokładniej: gwałtowny rozwój poezji, który przypadł na czas zmiany przyzwyczajeń czytelniczych oraz równie dynamicznej zmiany na rynku wydawniczym. Jej bardzo istotnym elementem jest niespotykana wcześniej łatwość technologiczna i relatywnie niski koszt produkcji książki, co doprowadziło do dewaluacji. Nastąpił odpływ czytelników przy wzrastającej wciąż produkcji poetyckiej, co także spowodowało spadek zainteresowania prasy. I już. Katastrofa gotowa.

Jednak tę zagładę coś przetrwa. Moja teza jest następująca: w społecznym obiegu zachowa żywotność tylko klasycystyczna poezja patriotyczno-religijna. I to mało, że zachowa, ona jako jedyny nurt poezji współczesnej ma szansę na rozwój i wzrost zainteresowania czytelniczego.

1.

Ta współczesna, wielonurtowa, nowoczesna i ponowoczesna, powiedziałbym może: pluralistyczna, poezja współczesna jest skazana na zagładę. W tych fatalnych dla siebie i całej literatury czasach postawiła na bez wyjątku złe konie, szkapy liche i półżywe w istocie. Po pierwsze, na konflikt i zwarcie jako mechanizmy zdobywania kapitału społecznego i uznania. Po drugie, na niszowe pisma specjalistyczne jako swoją trybunę. Po trzecie, na nowoczesny idom humanistyczny jako źródło swojego hermetycznego języka. Wreszcie na ilość (zarówno nurtów, jak i poszczególnych poetyckich realizacji) kosztem wyrazistości.

Dlaczego to był marny wybór? Po kolei. Konflikt i zwarcie zamiast przynieść uznanie spowodowały raczej obniżenie rangi i obniżenie autorytetu biorących w tym udział krytyków towarzyszących. Niszowe pisma literackie i kulturalne straciły swoją siłę, wiele z nich upadło, a wiele porzuciło poezję współczesną jako zbędny balast. Hermetyczny język i nowoczesna forma odrzuciły nieprzygotowanych czytelników, jako że nie dały im możliwości rozpoznania żadnych znanych im form poetyckości (poetyczności?). Wreszcie zalew, nieogarniony wprost nadmiar, istny potop nowej poezji i brak jasnych hierarchii spowodował, że zarówno czytelnicy, jak i dziennikarze oraz krytycy zniechęcili się do najnowszej poezji.

Co zrobili nowi poeci patriotyczni i religijni? Zrobili coś dokładnie przeciwnego.

2.

Zrobili coś dokładnie przeciwnego i żeby to pokazać, opiszę to teraz zachowując ścisłą symetrię z tym powyższym wyliczeniem.

Po pierwsze więc, ta niewielka i chyba dość zamknięta grupa postawiła na jedność i wzajemne wzmocnienie. W czasach kiedy nie tylko zakładanie grup poetyckich, ale w ogóle jakiekolwiek formy zbiorowości i działań zbiorowych w dziedzinie poezji uchodzą za groteskowy archaizm, powstaje grupa poetycka Topoi. Powstaje na przekór groźbie ośmieszenia i siłą jej członków tę groźbę, jeśli nie oddala, to przynajmniej lekceważy. Warto zauważyć wyjątkowość tej grupy: to nie kilku pryszczatych gimnazjalistów się skrzyknęło, ale weterani o wysokiej pozycji (Kass, Kudyba, Kuczkowski), do których dołączyli młodzi albo przynajmniej młodsi też wcale nie tacy nowicjusze i debiutanci (Dakowicz, Gleń, Jakubowski, Nowaczewski). Po co się skrzykiwali, skoro nie potrzebują wzajemnego wsparcia podczas poetyckiego raczkowania i stawiania pierwszych kroków? Dla realizacji idei jedności i wzajemnego wzmocnienia właśnie.

Poeci patriotyczni nie obalali nawzajem swoich autorytetów, bo autorytetów mieli bardzo niewiele i do tego wspólne. Żadnych spektakularnych kłótni w rodzinie nie widziano nawet podczas rozwodu „Frondy” (na „Frondę” i „44”). To dlatego Jarosław Marek Rymkiewicz może rozdawać wawrzyny Wenclowi i Dakowiczowi, ci zaś innym, inni zaś chwalą tych, a wszyscy się wspierają, budując autorytet grupy. Bardzo skutecznie.

Po drugie, poezja patriotyczna nie w niszowych pisemkach dostrzegła swoją szansę, ale w najbardziej popularnych tygodnikach opinii. To przecież największy (gdy o sprzedaż idzie) tygodnik opinii, „Gość Niedzielny”, publikuje nie tylko recenzje nowych książek poetyckich, ale i artykuły przekrojowe, polemiki, dyskusje. Nie mówiąc już o stałym felietonie Wojciecha Wencla. Zresztą, „Gość Niedzielny” jako jedyny tygodnik opinii publikuje też teksty poświęcone poezji w ogóle. Ale nie tylko ten tygodnik, bo teksty, recenzje, omówienia i wywiady poświęcone poezji – tej patriotycznej, narodowej, niezłomnej – publikują „wSieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska”, „Nowe Państwo”. Każde z tych pism – pomijając rzecz jasna jakieś rynkowe fluktuacje – ma w polskiej skali olbrzymi nakład. Ale nawet nie o przewagę nakładu tu chodzi, ale o brak zainteresowania poezją innych czasopism (książkowy magazyn „Tygodnika Powszechnego” trudno uważać za jakąkolwiek przeciwwagę, podobnie rzecz się ma z felietonami w „Polityce”).

Po trzecie zatem – nowa poezja patriotyczna swoją poetycką formę czerpie z tradycji poetyckiej, a swój język oparła na trzech filarach: polityce, religii i historii. Zresztą – i język poetycki wzięła z romantycznej klasyki. Dzięki temu, że stroni od formalnych poszukiwań i awangardowych chwytów, zachowała ona powszechnie rozpoznawalny walor poetyckości. Co to oznacza? Że każdy solidnie wykształcony gimnazjalista rozpozna ten język jako język prawdziwej poezji, a na dodatek – zrozumie go. Przez to natomiast, że tematykę i idiom czerpie ta poezja z polityki, religii i historii, jest powszechnie zrozumiała, a nawet więcej – wywołuje emocje (takie jak to te dziedziny życia emocje wywołać potrafią, czyli raczej – duże).

Kiedyś uważano, że ratunek dla tracących znaczenie rymu i rytmu w poezji przyjdzie ze strony hip-hopu, ale nie – on przyszedł ze strony poezji patriotycznej. Mocnym znakiem tej ważności może być choćby to, że cały napisany wolnym wierszem tom Przemysława Dakowicza Place zabaw ostatecznych jeden zawiera wiersz rymowany – ten smoleński właśnie.

Po ostatnie wreszcie, sprzyja tym poetom niewielka ich liczba i duża wyrazistość (co, rzecz oczywista, prowadzi do większej rozpoznawalności). Mimo różnic w poszczególnych temperamentach rozpoznają u siebie, jak to pisał Wojciech Wencel, „wspólnotę wyobraźni”, „polskie uniwersum”, „listy z podziemia”.

3.

Jarosław Marek Rymkiewicz mówi o nich „poeci smoleńscy”. O nich, czyli o jakiejś dużej liczbie „w wielkich miastach i małych miasteczkach”, ale z imienia i nazwiska wymienia „dwóch wybitnych”: Wojciecha Wencla i Przemysława Dakowicza. Nie o nazwiska tu jednak chodzi, ale o pewien zespół cech, które tej grupie – obojętnie, czy będziemy określać ją mianem „poeci patriotyczni” czy „poeci smoleńscy” – można przypisać. O niektórych już wcześniej musiałem wspomnieć, a inne zapewne trzeba wytłumaczyć; będą to: klasycystyczna forma, patriotyczna treść, manifestowana religijność, sentymentalizm, a także element, który jest najważniejszy – silny wieszczy charakter tej poezji.

Klasycystyczna forma oznacza tu predylekcję do tradycyjnego kształtu wiersza, stąd nawet, gdy jest on wolny – pozostaje poważny, stateczny, o wysokim rejestrze użytego języka. Patriotyczna treść oznacza skłonność do tematów historycznych (z dziejów narodu polskiego) lub bieżących tematów politycznych. Religijność (chrześcijańska, a właściwie katolicka) tych wierszy stanowi często oczywisty temat, często też albo zawsze – język opisu rzeczywistości i etyczną podstawę jej osądu. Sentymentalizm wreszcie rozumiem tu nie wartościująco, ale opisowo: chodzi o reakcję – tu akurat: retoryczną – niewspółmierną do wywołującego ją bodźca (staram się, co było już chyba widać wyżej, unikać słowa wzniosłość do opisu tej poezji, bo w nowoczesnym rozumieniu tej kategorii nie odnajduję niemal żadnych elementów poezji smoleńskiej; może bliższy byłby patos, ale unikając i tego wyrażenia, unikam rozstrzygania o ważności i epokowej wadze wydarzenia fundacyjnego dla tej poezji, a na tym mi zależy).

Najważniejsze jednak i wyjątkowe jest rozumienie roli poezji jako działalności wieszczej, co ma oczywiście długą tradycję, ale ostatnio (powiedzmy: w ostatnim ćwierćwieczu) nie była to praktyka szczególnie popularna. Właściwie – nie była ona popularna wcale, więcej, była powszechnie pogardzana i wyśmiewana. Poeci patriotyczni wracają do tej tradycji. Jarosław Marek Rymkiewicz mówi: „Odpowiedzi, co przydarzyło się narodowi Polaków – i czy to jest tylko trauma, jakiś uraz, jakaś narodowa choroba, czy coś innego – udziela nam poezja. Poeci, którzy wiedzą pierwsi, są bowiem po to (tak zawsze było w polskich dziejach), żeby udzielać odpowiedzi – i właśnie na takie pytania”.

Wojciech Wencel ujmuje to może mocniej nawet: „Teraz przychodzą poeci, by mocą Ducha Świętego kości obrosły ciałem, mitem, słowem”.

4.

Ale zacznijmy od tego, co najważniejsze, a najważniejszy jest ten moment kluczowy, moment smoleński: katastrofa jest głównym punktem tej poezji, jej osią etyczną i centralnym punktem całej mapy symbolicznej, probierzem wartości i uniwersalnym odwołaniem. Stąd właśnie tematów poezji smoleńskiej należy szukać w bliskości tego punktu: są nimi wydarzenia najbliższe na tej symbolicznej mapie, jak choćby mord katyński czy rzeź wołyńska (oba zdarzenia bliskie zarówno w wymiarze geograficznym, jak i historiozoficznym – ofiary narodowej), ale także powstania, bohaterstwo podziemnej armii, żołnierze wyklęci, opresja – „do wyboru, do koloru”, jak pisał Dakowicz – CzeKa, NKWD czy Ochrany (to w kluczu symbolicznym martyrologii narodowej służącej budowaniu tożsamości).

Zaczyna się więc od momentu smoleńskiego, dokładnie – od pierwszego wiersza smoleńskiego. Tych trzech wymienionych poetów pisze swój smoleński wiersz jeszcze w kwietniu 2010 roku, dwóch z nich (Rymkiewicz i Wencel) publikują swoje wiersze niemal od razu.

Jarosław Marek Rymkiewicz pisze wiersz Do Jarosława Kaczyńskiego 19 kwietnia (dwa dni później ukazuje się w „Rzeczpospolitej”; w tym samym roku ukazuje się on w książce Wiersze polityczne tego autora). Wojciech Wencel pisze In hora mortis już 10 kwietnia (publikuje go w „Gościu Niedzielnym” 18 kwietnia; pod koniec 2010 roku ukaże się on w książce De profundis). Przemysław Dakowicz Piosenkę o guzikach datuje na 26 kwietnia (wiersz ukaże się po kilku miesiącach na jego blogu, by w następnym roku wejść do jego tomu Place zabaw ostatecznych).

Nie są to jedyne wiersze smoleńskie, rzecz jasna. Wojciech Wencel w listopadzie 2010 roku utworzył internetową antologię Wiersze o Smoleńsku (wierszeosmolensku.blogspot.com), gromadząca utwory ponad dwudziestu poetów, w tym – oprócz wyżej wymienionych – tak znanych poetów jak: Krzysztof Koehler, Jacek Trznadel, Leszek Długosz, Szymon Babuchowski (wśród tych poetów uznanych istotny jest jeden chyba brak – nie ma wiersza Jarosława Jakubowskiego Nawigacje (pieśni jednokierunkowe z licznymi odgałęzieniami), bardzo zresztą ciekawego pod wieloma względami). Obok nich mniej znani (Wojciech Banach, Mirosław Woźniak) oraz poeci, których zaliczyć trzeba do minorum gentium (Marta Berowska, Piotr Müldner-Nieckowski, Alicja Patey-Grabowska), a także poeci zupełnie przypadkowi, twórcy incydentalni. Ale przecież i ta niewielka antologia nie wyczerpuje smoleńskiej twórczości – blogosfera jest jej pełna (choćby hej-kto-polak.pl, gdzie obok list zdrajców i bohaterów ojczyzny, dział „Poezja i proza” przynosi obszerny zbiór poezji poświęconej katastrofie).

Oczywiście to specyficzne wiersze, pisane na gorąco, często w czasie żałoby po katastrofie, w czasie żałobnych uroczystości i pogrzebów ofiar. Wiersze te często datowane są na kwiecień 2010 roku. Stanowią one – pod względem gatunkowym – żałobne elegie i lamenty (treny). Każdy z tych najważniejszych wierszy (a ze względu na rangę autorów za takie uznać trzeba zapewne wiersze Rymkiewicza, Wencla, Dakowicza i Koehlera) przedstawia pewną specyficzną wizję millenarystyczną, wizję polskiego mesjanizmu, która współbrzmi z ideologią narodowego cierpienia wyłożoną w Kinderszenen Jarosława Marka Rymkiewicza (chociaż właściwie w każdej po trochu części jego polskiej tetralogii).

Pisząc o specyficznym polskim millenaryzmie, mam w istocie na myśli pewien typ wyobraźni historycznej, który zakłada istnienie Polski – zarówno w wymiarze realnym, jako tworu politycznego, jak i metafizycznym, jako pewnej historycznej ciągłości tego, co określamy jako polskość – jako dziedziny boskiej, przy czym zasadą jej istnienia jest zbiorowe cierpienie. Jak to pisze Wencel w In hora mortis:

a im bardziej bezsensowny twój zgon się wydaje

tym gorętsze składaj dzięki że jesteś Polakiem

naród tylko ten zwycięża razem ze swym Bogiem

który pocałunkiem śmierci ma znaczoną głowę

Zresztą, u każdego z tych poetów inaczej to się objawia, inna nieco jest realizacja tej wizji narodowej: u Wencla mamy do czynienia z narodową eschatologią, u Rymkiewicza natomiast jest ważny pewien projekt polityczny (jako dziedzictwo smoleńskiej śmierci, którą podjąć muszą następcy), u Dakowicza jest – jako trop zresztą niezwykle ciekawa – trauma prywatna (stąd te projekcje osobistej straty i żałoby: „czy na pewno to brat nasz”, „czy to matka nasza”), a u Krzysztofa Koehlera wreszcie jest zapis świadka narodowego uniesienia i strażnika jego, tego uniesienia, prawdy:

Jakże ja mam zapomnieć o tobie,

Jeśli zapomnę o was, czy zapomnę,

Nie zapomnę, jakże zapomnieć,

Pamiętam widzę słyszę jestem.

W samym sercu jestem.

5.

Wiersze smoleńskie, pisane w cieniu katastrofy i w obliczu żałoby mają z pewnością wymiar dokumentalny. Wojciech Wencel na stronie internetowej antologii wyprzedzał ewentualne zarzuty: „Nie zawsze, co zrozumiałe, były to próby podejmowane z odpowiednim dystansem. Jednak wierząc, że wartość moralna usprawiedliwia ewentualne niedostatki warsztatu, zdecydowałem się zebrać te utwory w jednym miejscu jako świadectwo wspólnego bólu, ale też siły i nadziei”. Oczywiście, niektóre wiersze nie potrzebują żadnej obrony i usprawiedliwień niedostatków warsztatowych, inne – wręcz przeciwnie. Brak dystansu w połączeniu z niegasnącymi (podsycanymi?) emocjami politycznymi sprawiają, że – jak pisał Josif Brodski – „tragedia w znacznej mierze ogranicza wyobraźnię pisarza do niej samej. Tragedia bowiem jest zasadniczo przedsięwzięciem dydaktycznym i jako taka narzuca ograniczenia stylu. Osobisty, nie mówiąc już o narodowym, dramat osłabia, a właściwie unicestwia zdolność pisarza do zachowania estetycznego dystansu, który jest konieczny, by powstało nieprzemijające dzieło sztuki”.

Czy tak jest w przypadku tej tragedii i tych dzieł sztuki, trudno na razie rozstrzygać. A nawet jeżeli wcale nie tak trudno, to ten kawałek stara się konsekwentnie stronić od takich ocen. Jednak na podstawie tego fragmentu o dystansie, można lepiej zrozumieć coś, co można by nazwać formalnym konserwatyzmem poezji smoleńskiej czy też posmoleńskiej – nie byłby więc on wyłącznie wyborem estetycznym, ale także skutkiem okoliczności społecznych. Mówiąc inaczej: poeci patriotyczni nie wybieraliby klasycznych form poetyckich i wysokiego tonu dlatego tylko, że mają w stosunku do nich szczególne predylekcje lub choćby realizują za ich sprawą pewne cele światopoglądowe (mogą przecież te formy być sygnałem konserwatyzmu światopoglądowego, umiłowania tradycji, wiary w pewien porządek świata i tak dalej), ale dlatego, że pewna narodowa tragedia wymusza na nich pewne twórcze odruchy albo przynajmniej wspiera ich naturalne skłonności czy też językowe nawyki.

O tym, na ile te nawyki i siła je konserwująca będą trwałe, można sądzić po kolejnych twórczych realizacjach poezji smoleńskiej. Przy okazji, zmieniłbym to używane przez Jarosława Marka Rymkiewicza określenie i dokonał – sztucznego być może – rozróżnienia: na poezję smoleńską (czyli tę formacyjną dla całego nurtu poezję bezpośredniej reakcji na katastrofę) oraz poezję posmoleńską (czyli uzależnioną od tej początkowej i z niej biorącą swój symboliczny początek poezję patriotyczną i religijną).

Poezja posmoleńska doczekała się niewielu realizacji. Wojciech Wencel czy Szymon Babuchowski wydali tylko wybory wierszy (licząc od chwili wydania tomów, w których pojawiały się ich wiersze smoleńskie), najbardziej zaś aktywny wydaje się Przemysław Dakowicz (tomy Teoria wiersza polskiego i Łączka, oba z roku 2013). Zdaje się on zresztą kontynuować swój wiersz smoleński w tym przynajmniej sensie, że dokonał w ostatnim czasie syntezy doświadczenia osobistego z doświadczeniem wspólnotowym, historycznym czy jak jeszcze chcielibyśmy to nazywać (z silnym elementem symboliki martyrologii). Pierwsza osoba liczby pojedynczej, a jeszcze częściej chyba – mnogiej, pojawia się w tych wierszach, opisujących continuum polskiego bycia. Zauważyć trzeba, że Teoria przynosi pierwszą tak konsekwentną i obszerną realizację formalistycznego wiersza – Szesnastu. Poemat dygresyjny (rygorystycznie rymowany jedenastozgłoskowiec z cezurą po piątej sylabie).

Natomiast Jarosław Marek Rymkiewicz opublikował tylko jeden wiersz, jednak – także przez poetycką nierozrzutność twórcy – głośny: to wiersz Krew (ogłoszony w „Gazecie Polskiej”). Znany pewnie najbardziej z rymu „brzózka” – „Tuska” wiersz przynosi zmianę; Rymkiewicz ponad doraźny polityczny cel (jak to było w Do Jarosława Kaczyńskiego: mimo przywoływanej w komentarzu odautorskim koncepcji „dwóch Polsk”, był to wiersz doraźny i koncepcja wywiedziona z Mickiewicza była tylko argumentem w politycznym wyzwaniu) stawia tu narodową eschatologię, by tak go zakończyć:

Krew na fotelach tupolewa

Zmywana szlauchem o świtaniu

Jeszcze wam ona pieśń zaśpiewa

To będzie pieśń o zmartwychwstaniu

6.

Nie ma zapewne innego środowiska – nie tylko w sferze literatury, ale szerzej: w życiu społecznym po prostu – które taką wagę przydawałoby poezji, które tak wysoko by ją ceniło. Nie tylko ceniło jako obiekt estetyczny, ale jako mechanizm budowania wspólnoty, jako sposób budowania tożsamości, a nawet – co w odniesieniu do innych grup poetyckich nie mieści się w głowie – działań politycznych. Jedynie środowiska patriotyczne doceniają poezję i w nią wierzą. Nawet jeśli ją traktują instrumentalnie, to jednak muszą w jej siłę wierzyć. W listopadzie 2013 roku Towarzystwo Patriotyczne zwołało wiec w obronie poezji na Krakowskim Przedmieściu (udział wzięli poeci: Leszek Długosz, Marcin Hałaś, Marcin Wolski, Wojciech Wencel, Przemysław Dakowicz). Wiec był w obronie poezji Mickiewicza, ale właściwie w obronie poezji patriotycznej w ogóle. W wymiarze symbolicznym – wydarzenie bez precedensu, mimo że w istocie nie miało charakteru, powiedzmy, masowego.

Jeśli poezja patriotyczna czy smoleńska przetrwa jako jedyna obecną katastrofę poezji i jej zanik znaczenia w życiu społecznym, nie stanie się to tylko za sprawą mistycznej wiary jej wyznawców i twórców. Zadecydują o tym względy praktyczne. Jest ich kilka. Ze względu na opisane cechy tej poezji zdaje się, że trafia ona do ostatnich oddanych czytelników poezji, czytelników – dodam – starego typu. Jako jedyna też podejmuje tematy wywołujące prawdziwe emocje, tematy, które są dla jej odbiorców po prostu ważne, palące wręcz. I są dla nich zrozumiałe.

Istnieją też dwa powody, dla których to przetrwanie, o którym tu piszę, może okazać się w dłuższej perspektywie trwałe. Po pierwsze, taka poezja w takich warunkach społecznych doskonale nadaje się do kanonu. Tak doskonale, jakby z perspektywą wejścia do kanonu była tworzona. Kanon bowiem ze swojej istoty jest zachowawczy i tradycyjny (tradycjonalistyczny). Po drugie, są duże szanse, że będzie faworyzowana przez system polskiej edukacji. Wcale nie dlatego, że ktoś ją w szkolnych tym razem kanonach umieści dzięki swojej politycznej sile (jako tę, która buduje i wzmacnia wspólnotę, jak to ostatnio było powiedziane), ale dlatego, że jeśli znajdzie się tam razem z innymi realizacjami poezji współczesnej, wygra z nimi walkę o zainteresowanie nauczycieli. Stanie się tak dlatego, że jest przystępna (kogo wybierze nauczyciel: poetów cybernetycznych czy Wencla? Babuchowskiego czy postneolingwistów?) i wpisuje się w patriotyczny model wychowania szkolnego. Stanie się tak również dlatego, że poezja współczesna istnieje w programach szkolnych w formie tzw. nawiązań i kontynuacji klasyki, stąd oczywiste jest, że u poetów patriotycznych te nawiązania są obecne.

I to już widać po podręcznikach dla szkół ponadgimnazjalnych. Krzysztof Koehler zyskuje pozycję równą Świetlickiemu i Podsiadle, Wojciech Wencel jest niemal jedynym przedstawicielem poezji twórców urodzonych po roku 1970 (incydentalnie pojawia się też Tadeusz Dąbrowski) i jedynym, o którym zamieszcza się fragmenty krytyczne. Natomiast nurt religijny jest jedynym (!) szerzej prezentowanym nurtem współczesnej poezji: „Jednym z istotnych zjawisk poezji po 1989 r. jest nurt religijny, podejmujący głównie tematykę wiary i doświadczenia religijnego we współczesnym świecie. Pisarze reprezentujący stanowiska katolickie, przywiązane do tradycyjnego modelu religijności, skupieni są zwłaszcza wokół dwóch czasopism: »Arkany« [sic!] oraz »Fronda«. Przedstawicielem nurtu religijnego w najnowszej poezji jest m.in. Wojciech Wencel, poeta wcześniej związany z »bruLionem«, który w latach późniejszych przeżył nawrócenie religijne, a także Krzysztof Koehler, Robert Tekieli, Wojciech Bonowicz, Tadeusz Dąbrowski” (z podręcznika Klucz do świata, 2009).

Mickiewicz jest głównym nawiązaniem tej poezji: z niego filozofię literatury zaangażowanej bierze Rymkiewicz, z niego cytatami inkrustuje wiersze Wencel, o nim pisze Dakowicz. Mickiewicz jest odniesieniem najważniejszym, chociaż nie jest jedynym. Jest ich tam mnóstwo. Właściwie – poeci posmoleńscy cali są z nawiązań i kontynuacji. To zapewnia ich poezji trwałość. To ugruntowuje jej pozycję jako poezji po prostu. Mickiewicz zapewnia, właściwie – przypieczętowuje rozpoznawalność ich głosu i obecność (współobecność z nim) w kanonie.

I przetrwają? Jako jedyni? Może tak się zdarzyć.

Cytat z J.M. Rymkiewicza pochodzi z wywiadu Krew na fotelach tupolewa, jakiego udzielił tygodnikowi „Do Rzeczy” (45/2013), a z Wojciecha Wencla z jego felietonu Hortus conclusus opublikowanego w „Gościu Niedzielnym” (1/2014). Fragment z Katastrof w powietrzu Brodskiego cytuję w tłumaczeniu Krystyny Tarnowskiej i Andrzeja Konarka.